Zakopane, piękno Tatr i cały świat

Wyprawa motocyklowa po Kirgistanie i Tadżykistanie

Najpiękniejsze miejsca w Azji Środkowej

Za nim ruszyliśmy w podróż, często słyszałam pytania ” A gdzie to jest, a czy jest tam bezpiecznie, ale jak to, na motocyklu? „

Pytania brzmiały dość niepokojąco, ale kto widział zdjęcia gór Pamiru, zielonych łąk w Kirgistanie, wie że już przepadł na dobre. To kraje Środkowej Azji, które swoim pięknem przyciągają najbardziej zagorzałych podróżników. 

Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich coś zupełnie innego niż to, po co się pojechało. To piękny cytat: Nicolasa Bouvier. 

Dlatego nie przez przypadek, kraje te znalazły się na naszej mapie zwiedzania. To przecież najbardziej malownicze zakątki świata. Dalej już tylko leży Afganistan, pakistan i Chiny.

Nie wierzycie? Zobaczcie naszą relację z magicznej podróży po bezdrożach Azji. 

Planowanie podróży

Przygotowania do podróży

Zastanawiacie się zapewne, jak to wszystko ogarnęliśmy? 

Wyprawę motocyklową planujemy w październiku 2017 roku. Zewnętrzna firma zajęła się transportem sprzętu do Azji i wszelkimi pozwoleniami. 14 lipca w Ostrowsku odprawiamy motocykl i samochody. Sprzęt biwakowy, ubrania motocyklowe i jedzenie, przewozimy w samochodzie u Wojtka. Niestety część naszego zaopatrzenia, zabieramy z powrotem do Krakowa. Między innymi, koło zapasowe, konserwy i najważniejszą część naszej wyprawy butlę gazową. 

I na czym my tam będziemy gotować?

Jesteśmy co prawda zaopatrzeni w zupki w torebkach i dania liofilizowane, ale na czymś trzeba zagotować wrzątek. Kierowca informuje nas, że butle gazową będzie można kupić na miejscu, więc nie powinno być problemu.

Tydzień później z Ostrowska wyrusza transport motocykli i samochodów do Biszkeku w Kirgistanie. W pierwotnej wersji, miały być to Ałmaty w  Kazachstanie, ale w związku z prostszą papierologią odbiór sprzętu został zmieniony na Biszkek.

Rozpoczynamy wspaniałą przygodę

3 sierpnia ruszamy w naszą magiczną podróż. Samolotem z Warszawy, z przesiadką w Kijowie lądujemy w Kazachstanie w Ałmatach. Sam lot był dość wyczerpujący, odbywał się w nocy i dał się mocno we znaki. Marudzące dzieci na pokładzie, nie pozwoliły zdrzemnąć się choć na chwilę. Stewardessy też jakieś nieporadne, obijając się o siedzenia, przez 2 godziny wydawały posiłek, a przez kolejne dwie zbierały wszystkie odpady. Po 8 godzinach lotu, lądujemy w Kazachstanie.

Molot

Lotnisko jeszcze senne, każdy podróżny szuka dla siebie miejsca, aby przetrwać do rana. Tym samym samolotem przylecieli motocykliści, którzy razem z nami odbierają sprzęt w Biszkeku. Na niewygodnych ławkach w poczekalni przylotów, próbujemy choć na chwile zmrużyć oko. 

Około 10 rano z godzinnym opóźnieniem marszrutką wyruszamy do stolicy Kirgistanu, Biszkeku. To około 250 km drogi. 

Zapytacie pewnie co to jest ta marszrutka?

To jest taki mikrobus z kilkunastoma miejscami siedzącymi, który jeżdżąc po ustalonej trasie zatrzymuje się na każde żądanie pasażerów. Kierowca jeździ jak chce i często z zawrotną prędkością.

Kazachstan-lotnisko Ałmaty

Przekraczamy granicę Kazachstanu z Kirgistanem

W związku ze zmianą lokalizacji odbioru sprzętu, nie udało się nam  zwiedzić Kazachstanu, więc rzecz jasna, musimy tutaj powrócić.

Po przejechaniu około 210 km dojeżdżamy do granicy z Kirgistanem. Granicę przekraczamy na pieszo. Odprawa przebiega bardzo szybko,  szybki skan oczu, pieczątki do paszportu i już jesteśmy w Kirgistanie. 

Po około 34 godzinach wyczerpującej podróży, w 35-cio stopniowym upale, dojeżdżamy do Biszkeku. To była droga przez mękę. Kierowca przez całą drogę rozmawiał przez telefon i nie pozwolił się nam zdrzemnąć. W zasadzie to trudno powiedzieć, że rozmawiał, on krzyczał przez 6 godzin jazdy. 

Kirgistan

Granica  Kirgistanem

Biszkek – odbiór sprzętu.

Panie kierowco, to tutaj jest ta ulica! Panie kierowco, proszę się zatrzymać, halo! Proszę zobaczyć na naszą nawigację, trzeba zawrócić.

Ani po rosyjsku, ani po angielsku, żadne słowa do gościa nie trafiają. Jakby był głuchy na nasze komentarze. Nie daje za wygraną, pewnie sobie w duszy myśli, że nikt go tutaj nie będziecie pouczać! Bo on wie lepiej…..

Złość nas dopada, bo po 40 godzinach bycia w podróży nie mamy ochoty na takie zabawy. Zatrzymujemy kierowcę po powtórnym nawrocie. Artur wysiada z busa udając się pod wskazany adres.

Na dużym placu, osowiałe i brudne od kurzu, stały nasze motocykle i samochody. Większość z nich była ciągle jeszcze na lawecie. Kierowcy przewożący sprzęt, nie uporali się na czas z rozładunkiem. Pomoc była wskazana, jedni wzięli się za ich ściąganie, inni za skręcanie.

W poszukiwaniu butli gazowych

Здравствуйте. Где можно купить газовые баллоны? No gdzie do jasnego gwinta…..?

Przecież miały być wszędzie, w każdym większym sklepie. Tak przynajmniej mówił nasz ekspert od transportu Lol. Niestety, butli gazowych nie kupiliśmy nigdzie, nawet na bazarze. Sytuacja zrobiła się na tyle nieciekawa, że tym sposobem zostaliśmy bez możliwości ugotowania sobie czegokolwiek. Na jakiś czas poratował nas kierowca lawety, użyczając nam swojej butli gazowej. Na kilka dni gazu powinno nam starczyć.

Na bazarze Osh w Biszkeku robimy małe zakupy i wymieniamy walutę. Meldujemy się w hotelu Lumarc i udajemy na wspaniałą kolację do restauracji Navat.

Słuchajcie jedzenie mega, chyba lepszego nie jadłam….

Kirgistan, magiczny kraj na mapie świata

To kraj górzysty, gdzie góry zajmują 93% terytorium państwa, w większej części jeszcze nietkniętej ludzką stopą. Ponad połowa kraju leży na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. Tutaj znajduje się najłatwiej dostępny siedmiotysięcznik świata, Pik Lenina, zwany także Szczytem Awicenny znajdujący się na wysokości 7134 m n.p.m.

Kirgistan to dziesiątki zielonych dolin, pastwisk, jezior u stóp monumentalnych gór. Jest pozbawiony dostępu do morza, ale Issyk-Kul, drugie co do wielkości górskie jezioro na świecie, uważane jest przez Kirgizów za morze. Stolicą Kirgistanu jest Biszkek.

Ruszamy  z tego zatłoczonego miasta, pierwsza ekipa wyjeżdża około 9:30 czasu lokalnego, to sami motocykliści. Jadąc ulicami Biszkeku, każdy nas pozdrawia i z dużym zaciekawieniem wodzi za nami wzrokiem. Bye

Biszkek-hotel Lumarc

Priorytetem wyprawy jest zwiedzić Tadżykistan, ale w drodze do granicy, chcemy zobaczyć wiele ciekawych miejsc w Kirgistanie. Od Biszkeku do granicy z Tadżykistanem to około 830 km w miarę dobrej drogi.

Drogi w Kirgistanie

Na drodze wyjazdowej z Biszkeku trwały prace remontowe drogi. Zerwany stary asfalt, kurz unoszący się w powietrzu, bardzo utrudniał nam jazdę.

Kirgistan zapatrując się na Kazachstan, robi duże postępy w budowaniu i remontowaniu dróg. Główne drogi od stolicy zaczynają być pokrywane naprawdę wyśmienitym asfaltem i bardzo często są trasami dwupasmowymi. 

Jedziemy słynną M41, która jest kluczową częścią drogi Biszkek-Osz, łącząca północ z południem kraju. W czasach starożytnych droga ta, była najważniejszą przepustką Wielkiego Jedwabnego Szlaku. Prawdopodobnie to tędy wyruszały na zachód karawany wielbłądów, obładowane wszelakimi dobrami. 

Po przejechaniu około 120 km tuż za Sosnovką, zatrzymujemy się na biwak nad rzeką Kara-Balta. Kiedy słońce ginie za górami, robi się natychmiast ciemno i zimno. Podróżowanie na motocyklu, w tak niskiej temperaturze nie należy do przyjemnych.

Biwak wśród cztero-tysięczników. 

Po 50-ciu minutach oczekiwania na pozostałą ekipę rozbijamy się pośród czterotysięczników na wysokości około 2500 m n.p.m. Nie wszyscy jednak dotarli w to samo miejsce. Dwa kolejne auta, kierowane przez Piotra i Pawła, ominęły rozkopaną drogę i szybciej dotarły na przełęcz, rozbijając tam biwak.

Po pierwszym dniu dostrzegam pewne niedoskonałości wspólnego podróżowania. Jazda na motocyklu zupełnie nie zgrywa się z jazdą samochodów. Jesteśmy narażeni na czekanie i marznięcie. W kufrach motocyklowych przywozimy tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Nocujemy w rejonie szczytu Pik Vladimir Putin, który leży na wysokości 4446 m n.p.m.

Noc była wyjątkowo zimna, ale śpiwory mamy na szczęście odpowiednie na tak niskie temperatury. Jako jedni z całej ekipy nocujemy pod namiotem. Reszta sypia w namiotach dachowych na samochodach.

O poranku temperatura wynosi około 5 stopni, dlatego ubieramy się na cebulkę. Prawdopodobnie już za kilka godzin, będziemy narzekać na upał. 

W drodze na przełęcz Töö-Ashuu

Po śniadaniu ruszamy na przełęcz, gdzie czeka na nas pozostała ekipa. WinkJedziemy luźną grupą, spotykając się co kilka, kilkanaście kilometrów w punktach widokowych. Pogoda dopisuje, słońce pomału zaczyna oświetlać szczyty gór, i z każdą godziną robi się coraz cieplej.

Przed nami przełęcz Töö Ashuu, która leży w górach kirgiskich pomiędzy dolinami Czuj, Koczkor, Suusamyr i Talas w malowniczym wąwozie Karabalta.

Serpentynami pniemy się ostro do góry, krajobraz zmienia się z każdym zakrętem. Po drodze mijamy przydrożne jurty, a widoki zapierają dech w piersiach.

Przełęcz Töö Ashuu 3180 m n.p.m.

Dojeżdżamy do przełęczy, gdzie znajduje się tunel łączący północ z południem. Za nim jednak go pokonamy, udajemy się w okolice starej przełęczy znajdującej się na wysokości 3586 m n.p.m.

To tutaj biwakuje Piotr i Artur z rodziną. Droga jest żwirowa i bardzo wyboista. Po drodze dopadają nas psy. Najwyraźniej głos motocykla jest im zupełnie obcy. Wtedy tylko pozostaje nogi w górę i rura…..

Myślicie, że może być gdzieś jeszcze piękniej? Przecież widoki są jak z bajki, jeziora góry i te wolno biegające konie, to najwspanialsze przeżycie jakiego można było doznać.

Podróżnik, który nie potrafi obserwować, jest jak ptak pozbawiony skrzydeł…..Moslih Eddin Saadi

Ktoś kto kocha góry, bardzo emocjonująco przeżywa każdą chwilę spędzoną w ich otoczeniu. Dla innych to tylko kupa skał i kamieni. Z perspektywy motocykla, góry wyglądają zupełnie inaczej, jeszcze szybciej można się nimi zachłysnąć. W kilka minut można zobaczyć ich piękno i poczuć wolność, bo w górach nie ma granic. 

Powietrze na przełęczy ma korzystny wpływ dla organizmu, dlatego na stokach w pobliżu przełęczy znajduje się szpital dla chorych na astmę. Na południowym zboczu znajduje się również baza narciarska.

W drodze powrotnej ten sam zwykły rudy kundel znowu nas atakuje. Pies jakich tutaj w Kirgistanie jest tysiące. Nie sądzę, aby były one groźne, zapewne tak reagują na ryk silnika. Najpierw z daleka, spokojnie obserwują, następnie robią przyczajkę, by w ostatniej chwili zerwać się do szaleńczej pogoni. 

Pies dla Kirgiza to najlepszy przyjaciel, dzieli z nimi tutaj wszelkie niewygody, jak brak pożywienia, czy niebezpieczeństwa grożące ze strony drapieżników. 

Tunel na wstrzymanym oddechu.

Pokonujemy tunel wydrążony w skale o długości około 3 km. Miał on usprawnić pokonanie przełęczy z północnej jej części na południową. Jednak przy jego budowie, nikt nie pomyślał o wentylacji. W związku z tym, że jest bardzo zanieczyszczony, i ma słabe oświetlenie nie jest zalecany dla podróżujących na rowerze, motocyklu. 

Na zdjęciu widać wydobywający się z niego kurz.

Po drugiej stronie przełęczy zatrzymujemy się na pierwszym punkcie widokowym skąd rozpościera się piękna panorama na góry Kirgiskie. Tutaj ustalamy kolejne miejsce spotkania. 

Szutrowymi drogami.

Nie ulega wątpliwości, że drogi które pokonujemy wywierają na nas ogromne wrażenie. Szutrową drogą pokonujemy wspaniałe Doliny Suusamyr i Aral, gdzie w krajobrazie dominują stepy, a łąki i polany są pełne ziół i dzikich kwiatów.

Właściwie jest to płaskowyż, leżący na wysokości 2200 m n.p.m. Obszar ten został niemal całkowicie zrównany z ziemią w wyniku trzęsienia ziemi w 1992 roku. Jest to najzimniejsze miejsce w Kirgistanie, zimą temperatura spada tutaj do minus 50 stopni. Natomiast latem jest tutaj upalnie. 

Jadąc na motocyklu trzeba być bardzo czujnym. Luźna nawierzchnia, pył, kurz bardzo spowalniają naszą jazdę. Widoczność tracimy na odległość 15 metrów, a na szybce od kasku motocyklowego można rysować esy floresy. Jak najszybciej próbujemy minąć tych, którzy jadą przed nami.

Na zakurzonej drodze spotykamy motocyklistów z awarią opony. Częściowo są z Polski i Wielkiej Brytanii. Od kilku godzin czekają na przyjaciół, którzy pojechali po części do motocykla. 

Słońce na tej wysokości grzeje wyjątkowo mocno. Wydaje się, że jest około 40 stopni, a motocyklowe ciuchy grzeją do obłędu. Wacko Ruszamy z tego miejsca jak najszybciej, bo w takim upale można po prostu zemdleć. 

Dolina Kyzyl Oi z czerwonymi górami.

Dojeżdżamy do doliny i wioski o tej samej nazwie Kyzyl Oi. Jedziemy wzdłuż rzeki Kokomeren. Po drodze mijamy pofałdowane pasma górskie, praktycznie co zakręt, rozpościera się inna panorama. Dalej droga pnie się ostro do góry, a dolina otwiera się, tworząc pustą przestrzeń otoczoną wysokimi czerwonymi górami.

Kyzyl oznacza „czerwony” w języku kirgiskim. Znajdujemy się w samym sercu kirgiskich gór Ala-Too. Wink Gama odcieni od skalistych czerwieni, brązu, czerni, pomarańczu i szarości, stanowi swoisty malowniczy, piękny krajobraz. Jazda jest dość spektakularna. Wiedzie przez wyboistą drogę, ostrymi zakosami.

Tutaj podjazdy liczy się nie w godzinach, a dniach, w końcu jesteśmy u podnóża największych pasm górskich świata. Wink

Pierwsza awaria samochodu

Zaniepokojeni dłuższą nieobecnością samochodów w trakcie podjazdu na przełęcz, zjeżdżamy z powrotem w dół, aby zweryfikować co się stało. Okazało się, że w samochodzie Puszka zagotowała się woda w układzie chłodzenia silnika. Wysoka temperatura powietrza, strome podjazdy nie są przyjazne dla silnika, czego skutkiem było jego przegrzanie. Kiedy sytuacja została opanowana, ruszamy na przełęcz.

Chwila która trwa, może być najlepszą z twoich chwil….

Dokładnie tak, to była chwila, która zapadła w mojej pamięci na długo i pewnie zrodzi się w wieczność.

Dojeżdżając na przełęcz na wysokość 3200 m n.p.m., robimy chwilowy postój. Wokół piętrzą się góry i stepy na których pasą się krowy. Zsiadam z motocykla, i nagle za swoimi plecami widzę tabun koni. Stały nieruchomo wpatrując się w nas jak w obraz.

Mój okrzyk o kur….Marek patrz, był chyba słyszalny na drugim końcu przełęczy.  Shok

Większość z nich była czarnej maści, piękne zadbane i takie szczęśliwe bo wolne. 

Obozowisko nieopodal kirgiskiej wioski

To całkiem nowe doświadczenie zobaczyć jak żyją kirgizi wysoko w górach. Rozbijamy się zatem blisko wioski, składającej się z kilku jurt. Na nasz widok dzieci, wyskakują z jurt i zaciekawione naszą obecnością lecą w naszym kierunku. Częstujemy ich słodyczami, i wręczamy pamiątki z naszego regionu. 

Dzieci częstują nas kumysem, ale chętnych na jego spróbowanie nie ma. To mleczny napój alkoholowy, powstający w wyniku fermentacji alkoholowej cukru mlecznego. Man in love Wyrabia się go w worku ze skóry baraniej. 

Pod wieczór przygotowujemy sobie posiłek. Zupka z torebki smakuje jak nigdy. Od śniadania nie mieliśmy nic w ustach, więc umieramy z głodu. A człowiek jak głodny to zły. Zaraz po zachodzie słońca zmykamy do swoich śpiworów, bo bardzo szybko robi się zimno. 

Kiedy nasza ekipa jeszcze słodko sobie śpi, w pobliskich jurtach, praca wre na całego. Kirgizi to bardzo gościnni ludzie, więc miło mnie tutaj witają.

Kirgizi wciąż żyją tak jak sto lat temu.

Kirgistan to jedno z najbiedniejszych Państw Środkowej Azji, dlatego wielu młodych Kirgizów wyjeżdża do pracy w Rosji. Wyjazd jest o tyle łatwy, że w czasach Związku Radzieckiego językiem urzędowym był rosyjski, więc wielu zna ten język. Większość z nich pracuje na rosyjskich budowach. Wink

Ci co pozostali w górach utrzymują się przede wszystkim z pasterstwa i hodowli owiec. Nie wyobrażają sobie opuścić gór, bo w Ojczyźnie przodków nie tylko musieliby porzucić swoje jurty i stada, ale uchodziliby wtedy za „innych” ludzi. Sorry 2

Pomimo, że większość ma samochody to koń jest najlepszym środkiem transportu. Legenda jest taka, że Kirgiz rodzi się na koniu i na koniu umiera.

Dzieci wyglądają na bardzo szczęśliwe. Od małego biorą czynny udział w pomocy rodzicom. Chodzą po wodę nad rzekę, zbierają chrust na opał, wypasają bydło, opiekują się młodszym rodzeństwem i zajmują gospodarstwem.  

Kirgizi wyrabiają kulki z suszonego mleka, zwane jako kurut.

Próbuję, żeby dowiedzieć się jaki jest ich smak. Te śmierdzące kulki, nie przypominają niczego, a ich smak to bardzo ostry ser z dużą ilością soli. Raczej nie cieszyły by się powodzeniem w mojej kuchni. 

Edukacja i opieka medyczna

Nauka jest obowiązkowa i darmowa od 7 do 15 roku życia. Jednak wiele Kirgiskich dzieci, nie chodzi do szkoły. Te które nie mają dokumentów nie mogą chodzić, a wyrobienie takiego dokumentu sporo kosztuje.

Tak więc kółko się zamyka. Crazy

Mieszkańcy mają bardzo słaby dostęp do opieki zdrowotnej. Jest za mało szpitali, personelu i sprzętu medycznego. Z powodu braku podstawowych szczepionek istnieje duże ryzyko epidemii błonicy czy odry. Shok

Najczęstszą chorobą jest gruźlica, oraz  HIV, który zdarza się najczęściej w więzieniach, oraz na południu kraju w powodu przemytu i zażywania narkotyków. Warunki sanitarne są tutaj bardzo ciężkie. 

 

Tej drogi nie było na mapie…..

Po wizycie w kirgiskiej rodzinie, ruszyliśmy w dalszą drogę. Nikt prawie nie wie, dokąd nas zaprowadzi bo nie było jej na mapie. Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Pniemy się do góry po zboczach masywu, który przypomina Czerwone Wierchy. Kolory zachwycają, ale zapewne jest tutaj dużo piękniej jesienią. Mimo tego fioletowe połacie wrzosu, na żółto usiane pola słoneczników to widoki zapierające dech w piersiach. 

Na czerwono zaznaczamy drogę, którą udaje się nam przejechać. . Biggrin

Tak wygląda sklep, to ciężarówka dostawcza przemieszczająca się po wioskach. Wink

Półpustynne krajobrazy w okół jeziora Toktogul

Jezioro położone przy trasie M41 znajduje się na wysokości 880 m n.p.m. Otoczone jest pięknym pasmem górskim o specyficznych kształtach. Pofałdowane, stożkowate, podobne do trójkątów góry robią na nas ogromne wrażenie. Swoim kolorem przypominają muszelki.

Tubylcy najczęściej przyjeżdżają tutaj na wypoczynek, łowią ryby i zażywają kąpieli. Sun-smilie water 027

Słabo jest  rozwinięta infrastruktura turystyczna, najlepszym rozwiązaniem jest własny namiot i prowiant. Nad brzegiem jeziora, można natknąć się na skorpiony, dlatego należy nosić pełne buty.

Krajobraz jest obłędny, a nie wszystko udaje mi się uwiecznić. W tym samym momencie pada mi bateria w aparacie fotograficznym i telefonie. W związku z tym zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji.

Miejsce jest bardzo przytulne, zamawiamy rybkę i sałatkę i coca colę. Z całej ekipy dojeżdża do nas tylko Wojtek z Moniką. Biggrin Wszystko smakuje wyśmienicie.

Jezioro Toktogul

Dalszą drogę kontynuujemy wzdłuż rzeki Naryn, która równocześnie wpada do jeziora Toktogul. To najbardziej turkusowa rzeka w Kirgistanie, uznawana za cud natury. Jej długość to 807 km, swój początek ma u źródeł rz. Arabelsu wypływającej z lodowców środkowego Tien-szanu.

Zapora na rzece Naryn

Toktogul, to tak naprawdę sztuczny zbiornik, który w latach siedemdziesiątych został zbudowany na rzece Naryn. Tutaj produkowana jest większość energii dla całej Azji Centralnej.

Główne rzeki regionu, zasilają sąsiednie kraje jak Uzbekistan, Kazachstan, Turkmenistan. Z topniejących lodowców powstają liczne strumienie, tworząc rzeki. Jeśli Tadżycy i Kirgizi przegrodzą rzeki zaporami i zgromadzą w nich wodę dla potrzeb energetyki, dla sąsiadów będzie to prawdziwa katastrofa.

Problemem są też ostre zimy, bo żeby ogrzać swoich mieszkańców, wodne elektrownie pracują pełną parą. Wówczas poważnym skutkiem jest obniżenie poziomów wody w zbiornikach do stanu krytycznego. Zapasów wody, mimo drastycznych oszczędności nie udało się do tej pory odbudować. 

Dzisiaj każdy zadaje sobie pytanie, ile wody spłynie na rolnicze niziny przy wiosennych roztopach? Czy uda się napełnić zbiorniki do bezpiecznego poziomu, aby w mieszkaniach nie brakowało prądu.

Sary Chelek – Park Biosfery i wielkie rozczarowanie.

Kolejną atrakcją miało być górskie jezioro Sary Chelek,  położone na wysokości 1870 m.n.p.m. Jezioro, powstało w wyniku silnego trzęsienia ziemi na terenie parku Biosfery. 

W większości przewodnikach, jezioro uznawane jest, jako jedno z najpiękniejszych jezior Kirgistanu, a to ze względu na unikatowe kolory wody. Otoczone przez góry Chatkal graniczą również z Uzbekistanem. Droga do jeziora jest bardzo wyboista, ciągnie się wzdłuż wioski, następnie pnie się ostro do góry. Na 20 km przed dotarciem do celu, następuje pobór opłat, rejestracja pojazdu oraz identyfikacja osób.

Kiedy słońce schowało się za górami, dojechaliśmy do celu. Jezioro kompletnie mnie nie zaskoczyło, a ja przecież przyjechałam tutaj aby się nim zachwycić. Niestety nic z tych rzeczy, a może to nie jest to jezioro, które tak pięknie opisane zostało w mediach?

Jest szare, ponure z wysokim stromym brzegiem, do którego nawet swobodnie nie można podejść. A może ja już nie potrafię się zachwycać w nadmiarze tego piękna, które otacza mnie podczas całej podróży?

Postanawiamy zawrócić, szybko jednak zapada zmrok, więc w połowie drogi rozbijamy namiot. Na terenie parku Biosfery nie wolno było tego robić, więc płacimy karę 500 Som, ale zostajemy na noc.

Arslan-Bob i piękne wodospady.

Wracając z Sary Chelek, po drodze zatrzymujemy się nad rzeką Kara-Suu. Woda w rzece jest bardzo zimna, ale wcale nie zniechęca nas do porannej kąpieli i małej przepierki. Nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna okazja. Spędzamy tutaj ponad godzinę zajadając się pyszną jajecznicą, przygotowaną przez naszych mężczyzn. 😉

Jedziemy wzdłuż granicy z Uzbekistanem i rzeki Naryn. Miejsce kolejnego spotkania ustalamy przy wodospadach w Arslan- Bob.

Pomimo, że wioska leży w Kirgistanie to w większości jej mieszkańcy to Uzbecy. Kobiety ubrane są w tradycyjne szaty zakrywające całe ciało.

Okolice Arslan-Bob to wyjątkowe miejsce na świecie. Tutaj znajduje się prawdziwy las drzew orzechowych i dwa górskie wodospady, które swoim pięknem przyciągają wielu turystów. Wioska może poszczycić się również wspaniałymi trasami trekkingowymi, jakie ją otaczają.

Mały wodospad w uzbeckiej wiosce

Dojazd do miejscowości i wodospadów nie jest rzeczą prostą. To mała górska uzbecka wioska, do której można dostać się tylko własnym pojazdem, marszrutką, taksówką bądź pieszo. Dojeżdżamy do głównego placu, następnie kilkanaście metrów pieszo przez mały targ dochodzimy do małego wodospadu.

Wstęp kosztuje śmieszne pieniądze. W przeliczeniu na złotówki to zaledwie 0,50 groszy. Schodzimy pod sam wodospad. Ludzi jest mnóstwo, trzeba się przeciskać, aby nie wpaść do wody.  Yes 3

Wodospad jest bardzo uroczy i żal serce ściska, że nie możemy się tutaj wykąpać.

W drodze do dużego wodospadu

Duży wodospad znajduje się w klifie na północ od wioski. Droga do niego jest bardzo kamienista i trudna do pokonania.  StopMotocyklem tym bardziej we dwójkę nie sposób było ją pokonać. Dla bezpieczeństwa schodzę z motocykla i idę na pieszo. Po drodze, zgarnia mnie turystyczny samochód terenowy.

hahaha, no teraz to poszalałam nazywając tego starego rzęcha samochodem turystycznym.

W miejscu do którego dojeżdżają samochody, spotykam pozostałą ekipą. Na pierwszy rzut oka, wszystko wygląda w porządku. Przyglądając się jednak bliżej, dostrzegam zawieszony nad skarpą samochód Piotra.

Sytuacja jest nieciekawa. Trwające kilka godzin dyskusje i próby wyciągnięcia auta, na nic się zdają. Z pomocą nadjeżdża wielki ciężki sprzęt, który za 100 dolarów wyciąga owego nieszczęśnika.   Wacko

Long Waterfall, wielki wodospad.

Kolejnego dnia, udajemy się pod wielki wodospad. Podejście jest bardzo strome i trwa około godziny. Po drodze mijamy tzw. Święte Skały. Wstęp jest płatny, ale w związku z tak wczesną porą nie ma tutaj nikogo, oprócz starca modlącego się na ziemi. 

Wodospad jest wysoki, a woda spada ze strumieniem z wysokości 80 m. To cienka stróżka w zupełności nie porównywalna do żadnego z naszych wodospadów w Tatrach. Teren wokół wodospadu zdobią flagi modlitewne i szmaty życzeń. Po wdrapaniu się na szczyt, czym prędzej wracamy, aby uniknąć upałów.

 

Przed nami dłuższy odcinek drogi, w stronę Dżalalabad, ale najpierw muszę na pieszo wydostać się doliny. Z moim tempem za pół godziny powinnam być w wiosce. Marek po drodze mnie zgarnie. 

Po dobrej godzinie oczekiwania, zaczynam się niepokoić. Mojej ekipy jak nie było tak nie ma. Strach mnie ogarnia, że być może pomyliłam drogę. Ale jest to raczej nie możliwe.

Tubylcy z zaciekawieniem patrzą co ja sama tutaj robię. Nie mam zasięgu, żeby zadzwonić. Mnóstwo myśli kłębi mi się po głowie. W końcu są!!! Pytam co się stało? więc Puszek miał kolejną awarię samochodu.

 

W Dżalalabad u Ojców Jezuitów i na cmentarzu

To tutaj niedaleko granicy z Uzbekistanem znajduje się polski cmentarz, którym opiekują się Ojcowie Jezuici. W całym kraju są trzy katolickie parafie, obecnie pracuje tutaj czterech księży i jeden biskup.

Zaglądamy do kaplicy, tuż obok mieszkają jezuici. Goszczą nas w swoich skromnych progach, częstując wodą, arbuzem i winogronami. 

Ponad 80% mieszkańców to wyznawcy islamu, reszta to chrześcijanie i prawosławni. Bardziej religijni są żyjący na południu Uzbecy, którzy regularnie chodzą do meczetów i pięć razy dziennie odmawiają namaz. 

Cmentarz znajduje się nieopodal, ale upał daje się we znaki. Zostaje z Puszkiem w samochodzie. Pozostała ekipa idzie na groby naszych rodaków którym nie było dane wrócić do Ojczyzny. 

Napis na obelisku głosi:

„Tu spoczywają Polacy, 96 żołnierzy Armii Polskiej gen. Władysława Andersa i osoby cywilne – byli jeńcy i więźniowie sowieckich łagrów zmarli w 1942 roku.

CZEŚĆ ICH PAMIĘCI.”

Zatrucie pokarmowe i nocleg w Osh najstarszym mieście Kirgistanu

Po kilku godzinach dojeżdżamy do miasta Osh. Centrum znajduje się na legendarnym jedwabnym szlaku. Obszar ten podzielony jest pomiędzy Kirgistanem, a Uzbekistanem za pomocą absurdalnej granicy będącej pokłosiem polityki Stalina. Prawie połowa mieszkańców to Uzbecy. Nad miastem w jego centralnym punkcie góruje Święta Góra Sułajman Too.

Zostajemy tutaj na dwie noce, z powodu złego samopoczucia Marka, który już w drodze uskarżał się na ból głowy i żołądka. Zhukov’s Guest House to super miejsce noclegowe znane motocyklistom. Po wieczór dopada go wysoka temperatura, a jego ulubionym miejsce jest toaleta. Podejrzenie padło na winogrona, umyte w tutejszej wodzie. 

Noc była bardzo trudna, a my świadomi tego, że Marek nie jest w stanie kontynuować dalszej podróży. Udajemy się więc na orientalne targowisko Osh, gdzie zaopatrujemy się w pamiątki, i smakołyki.

Po powrocie decydujemy co dalej robimy, bo pytania typu: a czy wziął tabletkę?, a ile?, a jaką?, a kiedy?, a czy ma temperaturę? doprowadzają mnie do szału. Nie tylko źle wpływają na stan zdrowia Marka, ale i na moja psychikę.  Dash 1 

Proponuję pozostałej ekipie, aby pojechała do Sary Tash, ostatniej miejscowości przed granicą z Tadżykistanem. Tam już od wczoraj czekają na nas motocykliści, oraz Piotr z Arturem. 

W godzinach popołudniowych zostajemy sami. Zapada cisza i spokój, co bardzo komfortowo wpływa na nasze samopoczucie. Regularnie podawane leki przynoszą efekt. Wieczorową porą stan ogólny się poprawia i jest światełko w tunelu, że o poranku będziemy mogli wyruszyć w trasę. 

Święta Góra Sułajman Too

O zachodzie słońca, udaję się na górę Sułajman Too, która wyrasta w centrum miasta na wysokości 1100 m n.p.m. 

Góra Sułajman Too to jedyny obiekt w Kirgistanie, który w 2009 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wstęp na szczyt góry jest płatny, bilet kosztuje 20 som, czyli około 1 zł. 

Według Koranu Sulejman był prorokiem, a malutka świątynia na szczycie wzgórza rzekomo wskazuje miejsce jego pochówku. Niegdyś była głównym celem pielgrzymek Muzułmanów. Nazywano ją również „Tronem Salomona”, a nawet „Drugą Mekką”, otaczali ją szczególną czcią. 

Skała kryje w sobie liczne miejsca kultu. Na wzgórzu mieści się Narodowe Muzeum Historyczne i Archeologiczne z ponad 33 tysiącami zbiorów. 

Legenda głosi, że kobiety, które wejdą na górę i przecisną się do jamy świętej skały, rodzić będą wyłącznie zdrowe dzieci. 

Ze Świętej Góry rozpościera się wspaniały widok na miasto. Po prawej stronie rozpościerają się uśpione szczyty Pamiru, a po lewej w oddali rysuje się Uzbekistan. Clapping

W drodze powrotnej kupuję tabletki na zatrucie i alkohol. W azjatyckich krajach to jednak obowiązek odkażać się mocniejszym trunkiem. 

Kirgistan - góra Sałajman

Najpiękniejsza droga i przełęcz w Kirgistanie

Noc mija dość spokojnie, bez temperatury i zawirowań żołądkowych. To dobra wiadomość, bo będziemy mogli kontynuować dalszą podróż. Żegnamy się z właścicielem, który bardzo miło nas tutaj gościł.

Naszym celem jest Sary Tash w tłumaczeniu na język polski to „Żółte kamienie”. Droga uchodzi za jedną z najpiękniejszych w Kirgistanie. Lecimy przez Taldyk, Gülczö, Kyzyl Korgon. Trasa jest bardzo urozmaicona, za każdym zakrętem widoki zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Gdyby nie to, że jest to droga prowadząca do granicy z Tadżykistanem, byłaby to nieskażona cywilizacją dzika przestrzeń.

Nie wiem czy moje zdjęcia są nawet w stanie oddać piękno krajobrazu gór, rzek, strumieni i tych wszystkich formacji skalnych. Shok

Przejeżdżamy przez wysokogórską przełęcz Pass Taldyk, która znajduje się na wysokości 3615 m n.p.m. Yes Przełęcz została zbudowana w latach 1930-1932 na terenie gór Alay. Zimą jest jedną z najniebezpieczniejszych przełęczy górskich w kraju, a to ze względu na nagłe i nieprzewidywalne zmiany pogody, jak burze i zamiecie śnieżne.

Jazda w takich warunkach, może być niezwykle trudna. Na przełęczy znajduje się pomnik pamięci kierownika budowy Jurija M. Grushko.

Sary-Tash – ostatnia wioska przed granicą.

Droga przebiega bezproblemowo.ClappingPo niecałych trzech godzinach meldujemy się w Sary-Tash, To wioska znajdująca się na wysokości 3.170 m n.p.m. i bardzo ważny węzeł drogowy łączący Chiny, Kirgistan i Tadżykistan. To stąd rozciąga się niesamowita panorama na góry Pamiru.

To niewielkie miasteczko w którym mieszka około 1500 osób. Jest tutaj dobrze zaopatrzony sklep, stacja benzynowa i kilka miejsc noclegowych. Spotykamy się z pozostałą ekipą, radość była ogromna bo bez nas, nikt nie mógłby przekroczyć granicy z Tadżykistanem. 

Tankujemy motocykl i ruszamy w dalszą drogę. Do granicy pozostało zaledwie kilkanaście kilometrów. Póki co kończymy wyprawę po Kirgistanie, i kierujemy się w stronę granicy z Tadżykistanem. 

Podążając w stronę gór Pamiru.

Słońce jakieś takie mdłe, nie ma dobrej przejrzystości, ale i tak pomimo tego, przed nami ukazuje się śnieżna ściana Pamiru. Już na samą myśl o górskich przełęczach, sięgających ponad 4 tysiące metrów wysokości, robi mi się gorąco.

Pogoda rewelacyjna, nie ma upału, dzięki temu bardzo przyjemnie się jedzie. Droga dziurawa, ale jeszcze asfaltowa, trzeba jednak bardzo uważać. Już kilka razy miałam wrażenie, że pod naciskiem wstrząsu, nagłej wpadki w dziurę, łamią mi się kręgi szyjne. Shok

Tak naprawdę to rowerzyści opanowali Środkową Azję. Są wszędzie, w pojedynkę, parami albo większą grupą. Pokonują trasy o których nawet nam się nie śni, dlatego czapki z głów. Zdzierają buty, pokonują setki kilometrów drogami po których nawet na motocyklu jedzie się ciężko.

Krajobraz jest obłędny, pomimo, że nie ma tutaj żadnych drzew, a zieleń jest tutaj rzadkością. Na wysokości 2500 m n.p.m. rosną łąki wysokogórskie, stepy i pustynie, ale już powyżej przechodzą w nagie skały i wieczne śniegi. Biggrin

Punkt graniczny Bordobo w Kirgistanie

W samo południe jesteśmy na punkcie granicznym Bordobo. Droga biegnąca w stronę granicy to słynna M41, nieformalnie zwana Autostradą Pamirską. Pomimo takiej nazwy kompletnie nie przypomina autostrady. To najbardziej znana i najpiękniejsza widokowo droga świata, która znana była już w zamierzchłych czasach, gdy karawany przemierzały nią jedwabny szlak.

Na granicy stoimy około 2 godzin. Nasz wremienny wwoz pojazdów, wystawiony został dla całej grupy na jednym dokumencie, zamiast dla każdego z osobna. Dlatego kontrola wizowa i odprawa celna trwa bardzo długo. Ci co lepiej mówią po rosyjsku, próbują dogadać się z celnikami.

Służby celne mogą odmówić wjazdu do kraju bez podania przyczyny mimo posiadania wymaganego dokumentu jakim jest pozwolenie na wjazd do Autonomicznego Regionu Gorno-Badakhshan.

Po wielu dyskusjach i po wręczeniu łapówki, ruszamy na przełęcz. 

Pokonujemy równinę, mijamy strumyki i różnokolorowe rzeki. Droga robi się żwirowa i bardziej wyboista, pnie się serpentynami do góry. Coraz bardziej jestem podekscytowana. Przed nami jedna z najwyższych przełęczy. Wkoło, nie ma żywej duszy, jedynie świstaki, zabawiają się na piargach i górskich łąkach. Na widok nadjeżdżającego pojazdu, natychmiast chowają się w swoich norkach.

Im wyżej tym piękniej, pomalutku pniemy się do góry. Po drodze zadaję sobie pytanie: „Czy wszyscy dobrze zniosą wysokość? Czy nie będzie problemu ze sprzętem?”

Przełęcz Kyzyl-Art 4280 m n.p.m.

Bez problemów dojeżdżamy do jednej z najwyższych przełęczy Kyzyl-Art. To najbardziej oszałamiające przejście graniczne na świecie, ponieważ przebiega wzdłuż autostrady Pamir Highway. 

Jego najwyższy punkt to 4280 m n.p.m. Shok W całym regionie ziemia jest zazwyczaj chropowata i sucha, powietrze jest tutaj niezwykle przejrzyste, a niebo wściekle niebieskie. W dole przełęczy leży jezioro Kara-kul, zwane Czarnym jeziorem. Zatrzymujemy się tutaj na chwilę i pod słynnym Marco Polo robimy pamiątkowe zdjęcie. 

Tuż za przełęczą znajduje się drugi punkt graniczny, który należy do najwyżej położonych granic na świecie. Shok Stoją tutaj kontenery i kilka baraków, które zostały przerobione na biura i mieszkania pograniczników.

Pomimo, że granica kirgisko-tadżycka przebiega na przełęczy o wysokości ponad 4280 m n.p.m. to posterunki znajdują się po dwóch jej stronach. Oddzielone są od siebie 20 km pasem „ziemi niczyjej”.  Scratch one-s head

Przełęcz Kyzyl-Art 4280 m n.p.m.

Punkt graniczny z Tadżykistanem i kolejna kontrola.

Granicę pilnują żołnierze ze specjalnie wyszkolonymi psami od narkotyków. Emo smileys-dogs- 586854

Przez lata przebiegała tutaj granica między Związkiem Radzieckim, a Chinami. Przez tadżycką prowincję Badachszan, biegnie główny szlak narkotykowy łączący Afganistan z Rosją, przez którą szmugluje się około 70% rosyjskich narkotyków. 

Zimą temperatura spada do około -30 stopni. Wysokość również stwarza problemy zdrowotne, więc nie każdy może tutaj pracować. Nie każdemu służy tutejszy klimat, mała ilość tlenu i ciśnienia powietrza, już nie jednego zwaliła z nóg. 

Odprawa trwa kolejne dwie godziny, płacimy 5 dolarów nie wiadomo za co. Korupcja sięga nawet tak wysoko.  Blush

Od granicy, do najbliższej miejscowości Karakol jest około 52 km. Krajobraz jest tutaj jakby marsjański. Gdzie nie spojrzysz, wokół roztacza się wysokogórskie pustkowie. 

Tadżykistan, tam gdzie zatrzymał się czas

To kraj w centralnej Azji ze stolicą w Duszanbe. Niemal całą jego powierzchnię zajmują góry. Shok Ponad połowa terytorium leży powyżej 3000 m n.p.m. 

Na południowym wschodzie Tadżykistanu rozciągają się góry Pamiru z najwyższymi szczytami Ismaila Samaniego (7495 m n.p.m.) i słynny szczyt Lenina (7134 m n.p.m.). 

Ludzie żyją tutaj w bardzo skromnych warunkach. W wielu miejscach w Pamirze energia elektryczna jest dostępna jedynie wieczorem i rano. W większości wsi nie ma bieżącej wody.  

Transport publiczny między mniejszymi miejscowościami prawie nie istnieje.  Wacko Obowiązuje zakaz fotografowania mostów, obiektów przemysłowych i wojskowych. Bardzo surowo karane są przestępstwa związane z posiadaniem narkotyków i handlem nimi.

W Tadżykistanie dochodzi do częstych gwałtów na kobietach i powszechny jest też handel kobietami. Blush Należy ograniczyć do minimum podróżowanie nocą. Sieć telefoniczna wewnątrz kraju jest bardzo zła, polski roaming działa w wyjątkowych przypadkach.  

Po drodze spotkamy Rosjanina, który na swoim rumaku przemierzał całą Azję.

Drugi co do wielkości najdłuższy płot na świecie.

Tadżykistan graniczy z Chinami. Granica, której już teraz nikt nie pilnuje jak za czasów ZSRR. oddzielona jest jednym z najdłuższych płotów na całym świecie. Dłuższy jest jedynie płot w Zachodniej Australii, który został wzniesiony w celu powstrzymania plagi królików.

Płot spełniał rolę ogromnej sieci i kierował króliki do ogrodzonych pułapek, w których ginęły. Króliki niestety były na tyle inteligentne, że po jakimś czasie ponownie pojawiały się przy płocie i po ciałach swych pobratymców przeskakiwały na drugą stronę. Dlatego w pewnej odległości od pierwszego płotu postawiono dwa kolejne. Łącznie wszystkie ogrodzenia miały długość 3256 kilometrów. 

Jak to Chorwat utopił Africę

Przed nami pierwsza przeprawa przez rzekę. Spotykamy tutaj naszych motocyklistów, którzy reanimują Africę Chorwatowi.

Bidok utopił ją kilkanaście godzin temu w tej wartkiej rzece. Sam nie był w stanie nawet jej podnieść. Rzeka sięgała kolan, a nurt był bardzo zdradliwy. Motocykl został całkowicie zalany. Kolega zdemontował siodło, następnie zbiornik paliwa, dalej filtr powietrza, cylindry, świecę itd. Potem wycierał i osuszał każdą część motocykla. Dzięki temu Chorwat mógł ruszyć w dalszą drogę.

Rzekę pokonujemy bez problemów, w drodze powrotnej w ogóle jej nie było. Wyschła…..

Wioska i jezioro Karakol

Wioska wraz z jeziorem położona jest na wysokości 3914 m n. p. m.  Bezodpływowe słone jezioro, jest największym tego kraju. Powstało w wyniku uderzenia meteorytu w skały krystaliczne ponad 4 miliony lat temu. W 2014 roku, rozegrano tutaj regaty i po tym zdarzeniu, uznano jezioro za najwyżej położone żeglowne jezioro na świecie, pokonując tym samym Titicaca. 

Droga jakby nie miała końca, jest prosta jak stół. Jesteśmy na ogromnym płaskowyżu, który ciągnie się około 280 km z północy na południe i ok. 400 km z zachodu na wschód. Przemieszczamy się niezwykle wolno, a to przez mnóstwo postojów jakie robimy.

To wyjątkowe miejsce, którego nie wypada tak po prostu przejechać, tutaj trzeba się zatrzymać i utrwalić w pamięci otaczający nas widok. Jezioro Karakol na tle gór Pamiru, wygląda olśniewająco.

Tadżykistan - autostrada Highway

Nocleg na wysokości około 4000 m n.p.m.

W Karakol zostajemy na noc. To też dobre miejsce na oswojenie się z wysokością. Przed nami przełęcz o wysokości ponad 4600 m n.p.m. którą będziemy pokonywać kolejnego dnia. 

Miejsca noclegowe znajdują się dla wszystkich. Jest bardzo ubogo, ale to wspaniały moment, kiedy można się ogrzać i odpocząć po całym dniu jazdy.

Siadamy po turecku przy dużym stole, na którym ląduje gorąca herbata, pieczony chleb oraz ziemniaki z kiełbasą. Po kolacji rozchodzimy się do swoich pomieszczeń. W związku z tym, że większość mężczyzn tutaj chrapie, dostajemy lokum w osobnym budynku. Temperatura spada w okolice zera stopni, ale w budynku pod kołderką jest wyjątkowo ciepło. Dobrze, że tej nocy nie musieliśmy rozbijać namiotu. 

W drodze na przełęcz Ak Baital 4655 m n.p.m.

To pierwszy pochmurny i bardzo zimny poranek. Deszcz wisi w powietrzu, więc zbieramy się zaraz po śniadaniu. Widoczność kiepska, większość krajobrazu tonie we mgle i w ciemnych chmurach.

Przełęcz Ak Baital 4655 m n.p.m. to najwyższy punkt Traktu Pamirskiego, a także całej naszej podróży po Azji Centralnej. 

Na trasie z Osz do przełęczy Ak Baital, suma przewyższenia wynosi ponad 3750 metrów w pionie, a to zaledwie 340 km. Bez aklimatyzacji moglibyśmy mieć problemy, jak ból głowy, zawroty, kaszel a nawet wymioty.

Byliśmy ciekawi, jak poradzi sobie nasz motocykl na takiej wysokości? 

Poszło świetnie, bez żadnego duszenia, czy zwolnienia tempa. Spowolnienie  dopadło nas, pomimo wcześniejszej aklimatyzacji. Trwało jednak chwilowo, jakby ktoś nagle spuścił powietrze. Mowa stała się niewyraźna, spowolniona, i z lekka brakowało oddechu, a samo wsiadanie i zsiadanie z motocykla to był niezwykły wyczyn. Mimo tego byliśmy pod ogromnym wrażeniem, że znaleźliśmy się tutaj, teraz, w tak niesamowitym miejscu.

Tadżykistan - Przełęcz Ak Baital 4655 m n.p.m.

Na przełęczy przebywamy do 10 minut, w międzyczasie dopada nas deszcz ze śniegiem. Droga jest mocno uszkodzona miejscami przez erozję, trzęsienia ziemi, osunięcia ziemi i lawiny. Często jest nazywana jako „Droga z piekła”. Surowe, gołe skały o brunatno szarym kolorze, bez źdźbła słońca wyglądają bardzo groźnie.

Tuż za przełęczą zatrzymujemy się w punkcie, gdzie na tle tablicy z wysokością, obowiązkowo robimy sobie zdjęcie. To obecnie najwyższa wysokość z jaką miałam do czynienia. Góry wokół nie wyglądają na tak wysokie, jakie są w rzeczywistości, ale przecież przyglądamy się im z poziomu prawie 5 tysięcy. To niesamowita chwila, to właśnie dla takich widoków, przemierzylismy tysiące kilometrów. 

Murgob, najbardziej cywilizowane miasteczko

Niebo się przeciera, a zza chmur wychodzi słoneczko, natychmiast robi się cieplej. Jedziemy po płaskowyżu, w kierunku Murgob. Po drodze spotykamy motocyklistów z Wielkiej Brytanii.

W końcu na naszej trasie widać większe skupisko domów.

Murgob, to najbardziej cywilizowane miasteczko w okolicy. Dawniej znajdował się tutaj posterunek rosyjski. Za czasów Breżniewa, sowieccy naukowcy w okolicach Murgob, prowadzili intensywne prace nad bombą atomową. Uznali ten teren za idealnie odizolowany, ponieważ dojazd tutaj był wówczas praktycznie nie możliwy.

Miasteczko leży na wysokości 3600 m n.p.m. a jego okolice to głównie puste otwarte przestrzenie, obsypane kopczykami piaskowych i księżycowych gór. Pomimo tego, że jesteśmy w Tadżykistanie, to głównie mieszkają tutaj Kirgizi. Nikt inny jak wytrzymali nomadzi, nie byliby zdolni zamieszkać na jałowych pamirskich pastwiskach.

Znajduje się tutaj szpital, bank, hotel, oraz jednostka wojskowa. Po za tym są same ubogie glinine zabudowania. Jest też prowizoryczna stacja benzynowa, na której tankujemy.

Jezioro Yashilkul i wodne wielbłądy

Po opuszczeniu Murgob jedziemy w kierunku jeziora Yashilkul, w którym według miejscowych legend żyją wodne wielbłądy. To kolejna trasy na mapie google, która nie istnieje. Droga jest szutrowa, ale nie ma żadnego problemu, aby ją pokonać. Z racji tego, że wjeżdżamy na teren rezerwatu musimy mieć pozwolenie i uiścić opłatę. Jakieś  2 dolary od osoby. Biggrin

Zatrzymujemy się nad jeziorem i rozbijamy obóz. Jesteśmy ciągle gdzieś na wysokości około 4000 m n.p.m. 

Mój organizm zaczyna się buntować. Ogarniają mnie mdłości, żołądek domaga się jedzenia, a tu jak na złość kuchenka gazowa nie odpala. Najprawdopodobniej skończył się gaz, ale powodem może być również rzadkie powietrze. Na szczęście ratuje nas Artur i zalewa nam wrzątkiem zupki z torebki. 

Obok w kamiennym nieszczelnym budynku znajduję się źródełko i wanna do której wpada czysta letnia woda. To Thermal Spring, jedyne takie miejsce w okolicy, gdzie można się wykąpać pod bieżącą wodą. Pomimo, że temperatura nie sprzyja kąpieli, bo jest bardzo chłodno, a woda to nie gorące źródła w Zakopanem, korzystam z tej atrakcji, bo zawsze to lepsze niż nic. 

Zdobywanie przełęczy Khargush z awarią samochodu w tle. 

O poranku ruszamy w drogę. Wink Po przejechaniu zaledwie 2-3 km w samochodzie Puszka następuje awaria układu hamulcowego. Jesteśmy na odludziu, więc rzecz jasna, jesteśmy zdani na siebie. Upał wzmaga się coraz bardziej, stoimy w pełnym słońcu, jednak wierzymy, że Puszkowi uda się naprawić samochód. Po 2 godzinach z happy endem jedziemy dalej. Z pozostałą ekipą nie mamy żadnego kontaktu. Tutaj praktycznie nigdzie nie działają telefony. 

Przed nami przełęcz Khargush o wysokości 4344 m n.p.m. i płaskowyż pamirski. To teren Górno Badachszański, dlatego aby móc tutaj wjechać należy mieć pozwolenie. 

Wzdłuż granicy z Afganistanem

Droga prowadzi wzdłuż rzeki Pandż, która przez ponad tysiąc kilometrów stanowi granicę tadżycko-afgańską.

Rzeka powstała z połączenia dwóch rzek, Pamiru i Wachan, na pograniczu Pamiru i Hindukuszu. Krajobraz nad rzeką Pandż zmienia się co chwilę, najpierw jedziemy szerokimi dolinami, a następnie stromymi wąwozami.

Roślinności raczej już tutaj nie znajdziemy. Skały Pamiru zmieniają co chwilę swoją barwę, wyższe jego rejony są pokryte śniegiem przez cały rok. W niżej położonych rejonach oraz w dolinach panują długie, i bardzo mroźne zimy, oraz krótkie i chłodne lata. 

Zatrzymujemy się nad rzeką, choć to ponoć niebezpieczne, ponieważ okolice rzeki Pandż są zaminowane. Bomb Rzeka jest wartka, kolor wody jest jak płynny beton.Shok 

Rybka z rzeki

Na totalnym pustkowiu, nagle pojawia się mężczyzna. Tuż za nim znajdują się murowane zabudowania, Generalnie wyglądają jak ruiny. Macha do nas, więc się zatrzymujemy. Zaprasza do izby, w której znajduje się drugi mężczyzna. W izbie jest wyjątkowo schludnie, czysto i bardzo ciepło. Na środku stoi piec, a tuż obok w miseczce leżą świeżo złapane rybki z płynnej betonowej rzeki. 

Uczucia mamy mieszane, czy warto ryzykować, ale zapewniają nas, że są smaczne i po usmażeniu nic nam nie grozi. Faktycznie smakowały wyśmienicie i nic nam po nich nie było. 

Mężczyźni zajmują się przez cały rok udrażnianiem drogi, która często zasypywana jest kamieniami, lawinami błotnymi, a zimą zasypywana śniegiem. 

Życie tutaj na pewno nie jest dla nich łatwe, w piecu palą suchymi badylami, wysuszonymi odchodami zwierząt. Żywią się tym co zdobędą sami, piją mleko jaków, które jest wyjątkowo tłuste i kaloryczne. Pomimo, że prawie nie mają nic są niesłychanie gościnni i otwarci. Zostawiamy im kilka pamiątek i trochę słodyczy. Yes 3

Korytarz Wachański

Droga w stronę Korytarza Wachańskiego jest bardzo kręta i niebezpieczna. W dole doliny, można dostrzec wraki samochodów, pewnie niejednokrotnie wydarzył się tutaj tragiczny wypadek. Shok

Podróżując w bezpośrednim sąsiedztwie Afganistanu, mieliśmy poczucie lekkiego niepokoju, ale generalnie staraliśmy się zupełnie o tym nie myśleć. 

Zjeżdżamy prawie 2 tysiące metrów niżej do słynnego Korytarza Wachańskiego, który leży na terenie Afganistanu. Mieszkańcy tej części kraju to przede wszystkim Wachowie, którzy różnią się kulturowo od reszty kraju. Zdecydowanie więcej mają wspólnego z Pamirczykami żyjącymi po drugiej stronie rzeki.

Info z Wikipedii 

Wszelki ruch przez korytarz został zatrzymany po zamknięciu granic przez komunistyczne Chiny w 1949 roku. Szlak był sporadycznie wykorzystywany przez przemytników narkotyków. W 1979 roku Sowieci okupujący Afganistan zajęli również korytarz wachański i do połowy jego długości doprowadzili drogę dla czołgów.

Po zamachach z 11 września 2001 spekulowano, że może on stanowić schronienie dla Osama Bin Ladena. Shok

Życie Wachów w niezwykłej dolinie

To żyzne tereny, rosną tutaj bujne drzewa a na polach uprawnych rośnie zboże, ziemniaki, jabłka i morele. Dolina jest bardzo wąska, dlatego każdy kawałek ziemi jest tutaj na wagę złota i został zajęty pod uprawę. Ludzie ze względu na łagodniejszy klimat mają mają tutaj bardziej europejskie rysy. 

Legenda głosi, że kiedy Bóg stworzył świat, a wszystkie ludy walczyły o najpiękniejszy jego zakątek. Mieszkańcy Pamiru skromnie czekali na swoją część. Gdy wreszcie przyszła na nich kolej, okazało się że zabrakło dla nich ziemi. Wtedy zmartwiony Bóg powiedział….. że zostawił sobie pewien kawałek świata na własne ogrody. Ale w związku z tym oddam je Wam. I tak oto Pamirczycy osiedlili się na żyznych terenach. Dlatego żyje się im dużo lepiej niż Kirgizom. 

Korytarz Wachański

Krajobraz robi się pustynny, występują tutaj często burze pustynne, które powodują zerową widoczność. Woda w rzece jest wręcz tutaj wyssana, a jej dno spękane od słońca. Są również miejsca gdzie tworzą się wydmy i można się poczuć jak nad morzem. 

Wieje dość mocno, a podmuchy są tak silne, że spycha nam motocykl na pobocze.   Biggrin

Ciepłe źródła Bibi Fatima

Dolina Wachańska znana jest z gorących i zimnych źródeł o właściwościach leczniczych.

Hot Spring, to gorące źródła oddalone od głównej drogi o 8 km. Droga do nich jest bardzo wyboista i stopniowo pnie się do góry. To miejsce spotkania całej naszej ekipy. W pobliskim home stay zostajemy na noc.

Warunki nie są najlepsze, ale nie ma co wybrzydzać. Jest dobrze, na głowę nam nie kapie i jest w miarę ciepło. Na ostatnią chwilę korzystamy również z możliwości kąpieli w ciepłych źródłach, a w zasadzie gorących bo nie dało się tam wysiedzieć dłużej niż 5 minut. 

Wejście kosztuje 1 dolara i jest z podziałem na kobiety i mężczyzn. Do basenu należy wejść nago, zabronione jest wejście w strojach kąpielowych. Pomimo, że nie ma tutaj klimatu, miło było odprężyć ciało po całym dniu jazdy na motocyklu.  Sun-smilie water 027

Twierdza Kacha-Kala

Po śniadaniu w drodze powrotnej, zwiedzamy twierdzę Kacha-Kala. To jedna z najstarszych twierdz, która ma około 2000 lat, to kawał historii tego regionu. Dotarcie na twierdze wymaga trochę wysiłku, a w spodniach i butach motocyklowych podejście robi się wyjątkowo trudne. Zostaję więc przy motocyklu. 

Marek ma dużo lżejszy ubiór więc, wspina się na szczyt twierdzy z której roztacza się piękna panorama na dolinę Wakhan, rzekę i szczyty Hindukuszu. Niestety widoki trochę przysłania pustynny piasek unoszący się w powietrzu. Ponoć nawet do miesiąca może tutaj tak wszystko wisieć.

W drodze do Iszkaszim

To tragiczne miejsce w którym się zatrzymujemy. 26 lipca w 2010 roku zginął tutaj polski motocyklista Robert „Izi” Gałka. 

Do wypadku doszło w miejscowości Namadgut. To była końcówka dwumiesięcznej wyprawy Sambora i Iziego po Kirgistanie, Tadżykistanie i Afganistanie. Nagle Izi stracił panowanie nad motocyklem. Wpadł w niewielką dziurę w asfalcie i wywrócił się uderzając w murek. Był natychmiast reanimowany, ale niestety nie udało się go uratować.

Zmarł na miejscu. Przyczyną była najprawdopodobniej gwałtowna utrata powietrza w przednim kole. 

Pierwsza awaria motocykla

Po kilkunastu kilometrach za miejscowością Langar, nasz motocykl odmawia posłuszeństwa. Podejrzewamy brak paliwa. Od napotkanego Tadżyka kupujemy 3 litry benzyny, ale motocykl dalej nie odpala. Dziwny dźwięk wskazuję na awarię pompy paliwa. Shok 

Dzięki Bogu, na wypadek awarii mamy nową w zapasie. Z pomocą Puszka i Wojtka udaje się wymienić pompę i odpalić motocykl. Podczas naprawy, zostaje uszkodzona inna część motocykla, miejmy nadzieję, że nie przysporzy nam kolejnych kłopotów.

Iszkaszim z zamkniętym bazarem

To mała wioska, w której znajduje się szkoła muzyczna, bank i kilkanaście sklepów. Wymieniamy walutę, robimy zakupy i tankujemy motocykl. 

Chcemy również odwiedzić słynny bazar, znajdujący się za graniczną rzeką Pandż. Jednak z powodu niestabilnej sytuacji po stronie afgańskiej został on zamknięty, aż do odwołania. 

Po przejechaniu zaledwie kilkunastu kilometrów rozbijamy się nad niewielką rzeczką. Z rana budzą nas kozy, więc o dłuższym spaniu nie ma mowy. Przed nami dolina, która ciągnie się wzdłuż rzeki Pandż, graniczącej z Afganistanem. Dolina jest wąska, krajobraz surowy, choć po drugiej stronie rzeki, jakby bardziej zielony.

Nie możemy się przestać zachwycać, tym specyficznym krajobrazem, choć to ponoć najniebezpieczniejsza część drogi. Unknw Na widok żołnierzy z karabinami czuje lekki niepokój. To niecodzienny obrazek, więc nie ma się co dziwić. 

Zimne i gorące źródła 

Jadąc wzdłuż granicy z Afganistanem, zatrzymujemy się przy źródełku z krystalicznie czystą, wodą. Dzięki prowizorycznej tamie, można było się tutaj wykąpać. Pomimo, że woda była rześka, to kąpiel była ulgą dla naszego ciała. 35 stopniowy upał nieźle dawał się we znaki. Zapewne młodzi tadżycy przyszli tutaj również w tym samym celu.

Kolejnym punktem zwiedzania były gorące źródła Hot Spring. To rewelacyjne miejsce na relaks, ale nie w tak upalny dzień jaki mamy dzisiaj. Gorące źródła przypominają te w Pamukkale w Turcji. Słyną z wapiennych osadów powstałych na zboczu góry.

Wypływająca z gorących źródeł woda, jest bogata w związki wapnia i dwutlenek węgla, ochładzając się na powierzchni, wytrąca węglan wapnia tworząc nacieki i stalaktyty. Po krótkiej wizycie lecimy dalej. 

 

Druga awaria motocykla

Wracając do głównej drogi, dopada nas druga awaria motocykla. Kolejny raz podejrzewamy, że skończyło się paliwo, ale raczej jest to niemożliwe. Na pewno nie jest to pompa, bo została wymieniona na nową. Przez około 5 km zjeżdżamy w dół na luzie, czasem jednak zmuszeni jesteśmy pchać naszą brykę. W ubraniu motocyklowym w kasach na głowie, przepchać motocykl ważący około 350 kg nie jest łatwo.

Dojeżdżamy do głównej drogi, stacja benzynowa znajduje się 100 m dalej. Marek przynosi benzynę w blaszanym wiaderku, ale pomimo tego motocykl dalej nie odpala. Zaglądamy pod siedzenie i grzebiemy w przekaźnikach. To tutaj coś się dzieje w układzie elektrycznym. Na jakiś czas udaje się usunąć awarię i ruszyć w stronę Chorogu, ale sytuacja jest nieciekawa. 

Chorog i ogród botaniczny

Bez większych problemów dojeżdżamy do miasta Chorog, stolicy Górnego Badachszanu. To najliczniejsze miasto w Pamirze, położone na wysokości 2.100 m n.p.m. Żyje tutaj przeszło 30 tysięcy ludzi. Znajdują się tutaj budynki rządowe, siedziby zagranicznych organizacji pozarządowych, oraz Uniwersytet Azji Środkowej.

Zwiedzanie zaczynamy od ogrodu botanicznego, który góruje nad miastem. To wspaniałe miejsce na spacery i relaks. Znajdują się tutaj gatunki drzew prawie z całego świata. Drzewa owocowe uginają się pod naporem moreli, brzoskwiń, wiśni, śliwek, orzechów, jabłek i gruszek. 

Pomimo tego zacisznego miejsca nie przebywamy tutaj zbyt długo. Upał daje się we znaki. Tuż obok ogrodu znajduje się letnia rezydencja prezydenta Tadżykistanu, piękny zadbany pałacyk, wraz ze ślicznie zadbanym ogrodem. Sun-smilie girl 031

Warto było tutaj przyjechać i zobaczyć panoramę jaka się tutaj rozciąga na całą dolinę i miasto.

Przemierzył trasę Duszanbe – Osz. Najsłynniejszy samochód w Pamirze

Na starym zniszczonym postumencie stoi wielki samochód marki Gaz-AA Wokół niego ani słowa, żadnej tablicy, po prostu nic. A przecież jest to samochód, który jako pierwszy przejechał trasę Duszanbe-Osz. Nawet w internecie nie ma żadnej wzmianki na ten temat, widać że jeszcze Tadżycy nie znają się na tym co jest cenne dla ich historii. 

Przed wyjazdem z Chorogu uzupełniamy paliwo, z zapasem w kanistrze. W restauracji zamawiamy smażonego kurczaka, frytki, oraz zimne piwko.

O matko jaka to była uczta dla podniebienia. Po tylu dniach jedzenia zupek w torebce, kurczak smakował wyśmienicie.  Emo pieczen wolowa

Po załatwieniu wszystkich sprawunków całą ekipą ruszamy na przedsionek Doliny Bartang. Tam przy olbrzymich wzniesieniach skalnych  zatrzymujemy się na noc. 

Odcięci od świata w Dolinie Bartang

Kiedy słońce jeszcze śpi, po godzinie piątej rano jak ospałe niedźwiedzie wychodzimy ze swoich legowisk. Po stronie Afgańskiej co jakiś czas słychać dziwne wybuchy. To dość niepokojący odgłos, ale raczej wskazuje na prace budowlane związane z budową drogi w skałach. Po szybkim śniadaniu ruszamy w drogę.

Ruszamy, ale nie nasz motocykl, znowu powtarza się ta sama historia. Coś niepokojącego się dzieje z naszym motocyklem. Wacko To znowu przekaźniki, ale i tym razem szybko udaje się nam usunąć awarię. 

Słońce dopiero wstaje i próbuje przedostać się pomiędzy góry. Droga rozpoczyna się w miejscowości Rushan, i wiedzie ciasną doliną, wciśniętą pomiędzy najwyższymi szczytami Pamiru. Dolina Bartang to najbardziej emocjonujący odcinek naszej trasy.

Droga ta to prawdziwe wyzwanie. Dolina ciągnie się przez 300 km, wzdłuż bardzo niebezpiecznej rzeki Bartang. Jest wąska, a nazwa Bartang oznacza jej wąskie przejście. Zdarza się, że droga jest kompletnie nieprzejezdna, przez wysoki poziom rzeki. 

To miejsce bardzo rzadko odwiedzane przez turystów, a każdy kto się tutaj znajdzie, musi być zdany na siebie. Znajdują się tutaj wraki samochodów, które świadczą o tym, że niejednokrotnie zdarzały się tutaj tragiczne wypadki.

W dolinie Bartang, co kilkadziesiąt kilometrów znajdują się maleńkie osady Kirgizów. Możemy się wręcz cofnąć w czasie, poznając lokalnych mieszkańców i ich tradycje, gdzie życie pod wieloma względami niewiele zmieniło się od setek lat.

Zasypana wioska Usoy

Jedną z osad w dolinie Bartang, była wioska Usoy, która po wielkim trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce z 18 na 19 lutego w 1911 roku, została całkowicie zasypana, grzebiąc w ten sposób około jej 180 mieszkańców. 

Było to jedno z największych trzęsień ziemi w historii Tadżykistanu o sile 7,4 stopnia w skali Richtera. Wówczas w dolinie rzeki Murgab i Bartang, na wysokości około 3000 m.n.p.m. ze zboczy osunęły się ogromne ilości olbrzymich skał i ziemi torując koryto rzeki i tworząc najwyższą naturalną zaporę wodną na świecie. Shok  Następnie spiętrzone wody rzek, zaczęły zalewać wszystkie po kolei wioski. W tym wioskę Sarez od której zbiornik odziedziczył nazwę. Zbiornik ma 75 km długości, 3 km szerokości i 505 m głębokości.

O wytrzymałości zapory, zależy życie tysięcy ludzi zamieszkałych poniżej zbiornika. Jeśli naturalna zapora runie w dół niosąc ze sobą lawinę błota i gruzu, nastąpi katastrofa o niewyobrażalnych rozmiarach.

W tej części regionu rejestruje się ponad tysiąc wstrząsów rocznie, z czego około 300 jest na tyle silnych, że są odczuwalne przez mieszkańców

Wstęp nad jezioro jest zabroniony i wymaga specjalnej zgody władz Tadżykistanu.

W Dolinie Bartang sztucznie sadzone są drzewka, celem wzmocnienia brzegu. 

Dojeżdżamy do źródełka, woda jest tutaj niezwykle czysta, ale niemiłosiernie zimna. Praktycznie nie da się do niego wejść, skóra cierpnie już od samego patrzenia. Jednak może to być, jedyna okazja, aby się odświeżyć, więc szybko się kąpiemy. 

Miejsca, gdzie woda zabrała drogę i zrujnowała mosty

Są miejsca o których pisałam wcześniej, że mogą być problemy z przejazdem na trasie. To tutaj woda zabrała drogę. Na szczęście ktoś wcześniej wytyczył objazd, który uratował nas od powrotu. Widocznie nie pierwszy raz, woda zalała ten odcinek drogi. 

Trasa wiedzie ostro do góry, dolina się rozszerza, a z nią rzeka. Następnie wjeżdżamy na półkę skalną, gdzie krajobraz jest iście księżycowy. Kiedy na horyzoncie pojawia się trochę zieleni, można podejrzewać, że dojeżdżamy do wioski. I tak też się dzieje. Spotykamy tubylców i mnóstwo pasących się kóz. 

Mosty są dziurawe jak sito, a przejazd po nich potęguje wzrost adrenaliny. Zbudowane są z byle czego, i stanowią integralną część całej drogi. Im głębiej zapuszczamy się w dolinę, tym bardziej nas zaskakuje. Pasma górskie w tym rejonie, to po prostu cud natury pośrodku pustkowia. 

Czerwone, brązowe, zielone rzeki, których wody spływają z gór niosą z sobą ogromne ilości mułu, potem wszystkie się z sobą mieszają tworząc wzburzoną i bardzo niebezpieczną rzekę Bartang.  Shok 

Pierwsza przeprawa rzeczna w Tadżykistanie

Przed nami pierwsza przeprawa przez rzekę. Kiedyś był tutaj most, ale w wyniku ogromnych opadów deszczu i spadających kamieni został zerwany.

Rzeka nie wygląda na głęboką, ale z racji tego, że lubi być zdradliwa, sprawdzam jej głębokość. Rozbieram się z odzieży motocyklowej, zakładam sandały i próbuję przedostać się na drugą stronę rzeki.

Rzeka ledwo sięga kolan, więc nie mamy problemu z przeprawą motocykla. Po przekroczeniu rzeki, dwóch młodzieńców, zaprasza nas w gościnę do swojego domostwa. Motocykl zostawiamy przy głównej drodze, w niedługim czasie powinna pojawić się tutaj pozostała ekipa. 

Dolina Bartang

W gościnie u Tadżyków

To niezwykłe uczucie zobaczyć jak ludzie żyją na takim pustkowiu, jak sobie dają radę na co dzień. Pomimo, że żyją w bardzo skromnych warunkach, swoją gościnnością potrafią zdobyć nasze serca. W pomieszczeniu oprócz kredensu, lodówki, i pieca nie mają nic więcej.  Miejsce do spania zajmuje połowę pomieszczenia. W piecu palą badylami, suszą zwierzęce odchody. Co rano chodzą do rzeki po wodę. 

Młody mężczyzna częstuje nas herbatą i ziemniakami z warzywami. W domu jest jego matka i młodsze rodzeństwo. Matka wyglądała na starszą i bardzo schorowaną osobę. Ale to surowy klimat tak zniszczył tą kobietę.  

W tych rejonach nie ma mowy o uprawie czegokolwiek, rolnictwo po prostu nie istnieje. Jest za zimno i za mało tlenu, aby coś wartościowego hodować. Nie ma więc owoców i warzyw.

Obozowisko na gnojówce

Wieczorem rozbijamy się nieopodal wioski. Na pierwszy rzut oka miejsce wydaje się fantastyczne, trochę podmokłe, ale każdy znajduje skrawek dla siebie. Z godziny na godzinę, wody przybywa, a zapach staje się podejrzany. W końcu dociera do nas, że rozbiliśmy się na gnojówce. Lol Dash 1 Dlatego tak pięknie rosła tutaj zielona trawa. 

Na zmianę lokalizacji jest już za późno, miejmy nadzieję, że do rana nie zaczniemy tutaj pływać. Tuż obok tubylcy wraz z synem Piotra na tym podmokłym terenie, rozgrywają mecz piłki nożnej. 

Po środku tej mało dostępnej doliny, nie ma nic bardziej zaskakującego jak spotkać rodaka. Grupa Polaków terenowymi samochodami pokonywała tą samą trasę co my, tylko w przeciwnym kierunku.

Płaskowyż otoczony pięcio i sześcio tysięcznikami.

To nasz drugi dzień w Dolinie Bartang. Pniemy się do góry w kierunku płaskowyżu otoczonego pięcio, a nawet sześciotysięcznikami. Widoki są wspaniałe, dookoła występują obszary pustynne, góry, jeziora, lodowce, a widoki przypominają wyżynę tybetańską.

Pamir nazywany jest Dachem Świata, to wymarzona podróż dla osób pasjonujących się fotografią, to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie.

I choć droga jest fatalna, to jest to zapewne podróż do serca Azji. Pokonujemy olbrzymi obszar górski, spokojnie bez żadnej napinki, kilometr za kilometrem. Tutaj nie ma miejsca na błąd, zbyt dużo mógłby nas kosztować.

Dalej elewacja się obniża, przez co zmienia się przyroda, robi się bardziej zielono. I tutaj w tak niedostępnej dolinie, można było spotkać rowerzystę. 

Dwie emocjonujące przeprawy przez rzekę

Niespodziewanie dojeżdżamy do rzeki, ale nie ma tutaj mostu i żadnego objazdu. Pozostaje przeprawa przez rzekę. Łatwo raczej nie będzie, bo poziom rzeki jest dość wysoki i z minuty na minutę ciągle się podnosi. To skutek topniejących lodowców. 

Rzekę przekraczają najpierw dwa samochody, motocykl tędy nie przejedzie, więc szukamy innego miejsca. Poniżej rzeka jest bardziej rozlana i płytsza. Ściągamy kufry z motocykla, aby było lżej, badamy poziom rzeki i po dobrej godzinie przeprawiamy się na drugą stronę.

Radość nasza nie zna granic, trwa jednak krótko, bo po przejechaniu zaledwie 2 może 3 km, na swojej drodze natrafiamy na kolejną rzekę. Jest jeszcze większa i groźniejsza. Generalnie sytuacja się powtarza, na szczęście i tym razem udaje się bezboleśnie pokonać rzekę. Nerwy jednak sięgają zenitu, bo utopienie motocykla w takiej rzece, jest jednoznaczne z przymusowym zakończeniem naszej wyprawy. NeaZdjęcia tego nie oddają, ale zapraszam na film z przeprawy.

Przełęcz tylko dla odważnych

Przed nami przełęcz, która wije się do góry przez wysokie pasmo górskie. Ponownie osiągamy wysokość ponad 4000 m n.p.m. Niektóre odcinki są szerokości samochodu, to droga bez żadnych zabezpieczeń z ostrymi zakrętami nawet pod kątem 180 stopni. Jeden niekontrolowany ruch i jesteśmy w dole doliny. Jest naprawdę niebezpiecznie, w dodatku nadciągają czarne chmury i robi się zimno. Zimą trasa jest nieprzejezdna.

Ten niesamowity emocjonujący przejazd, zapierający dech w piersiach robi na nas olbrzymie wrażenie. Shok Marek zatrzymuje się, aby zrobić zdjęcie, ogarnia mnie niepokój, kiedy zbyt blisko podjeżdża do stromego zbocza.

Chyba pierwszy raz podczas całej wyprawy mam strach w oczach. Przy okazji denerwuję się, aby nasz motocykl nie zastrajkował w takim miejscu, bo zostalibyśmy tam do dzisiaj. Wink

Nocleg nad rzeką

Po zjechaniu z przełęczy, dojeżdżamy nad czystą górską rzekę. Zmaga się wiatr i lekko zaczyna kropić. Na szczęście jesteśmy w bezpiecznym miejscu, a załamanie pogody trwa tylko chwilę. Pół godziny później dojeżdża do nas pozostała ekipa. Widać, że są podekscytowani przejazdem przez przełęcz. 

Usta mamy spierzchnięte od silnego wiatru i pyłu. Głód daje o sobie znać. 

Ostatni dzień w Dolinie Bartang

Przed nami wspaniały słoneczny dzień. Noc była chłodna, poranek również, ale pomimo tego wiatr przewiał nasze pranie. To ostatni dzień w Dolinie Bartang. Plan jest taki, aby wrócić jeszcze dzisiaj do Kirgistanu. 

Po serii serpentyn czeka nas długi zjazd, a potem długi przejazd po płaskowyżu. To tutaj znajduje się starożytny kalendarz, stworzony z biało czarnych kamieni.  Wacko Niestety nie mamy pojęcia, w jaki sposób trzeba na niego patrzeć, jest trudny do odgadnięcia. 

Przed nami piękne góry Pamiru, wśród nich szczyt Oficerów Sowieckich, który ma 6233 m, Pik Severnyi Muzkol 6132 m n.p.m, Pik Oktobrskyi 6780 m n.p.m.

Przejeżdżamy przez Rezerwat przyrody Zorkylsky, który ma na celu ochronę jezior Zorkulskich, oraz ochronę roślinności i dzikich zwierząt.

W drodze nad jezioro Kara-kul

Po trzech dniach bardzo intensywnej jazdy, wyjeżdżamy z Doliny Bartang, żal nas ogarnia, że trasę mamy już za sobą. Może ktoś inny by powiedział, że w końcu…… ale nie my. Było magicznie, ekstremalnie i chciałoby się tutaj powrócić.

Jedziemy w kierunku jeziora Kara-kul, nad którym już byliśmy, ale od innej strony. Dojazd do jeziora jest niezwykle ciekawy i na pewno bardzo malowniczy, ale nikt nie pomyślał, że teren będzie tutaj podmokły. 

Motocykl grzęźnie w mętnych wodach i w błocie. We dwójkę na motocyklu nie sposób przejechać w tym terenie. W motocyklowych butach zapadam się w miękkim i mokrym podłożu. Najgorsze odcinki drogi przejeżdżam, na rampie samochodu. Shok Dzielnie się trzymam, mając nadzieję, że nie zostanę zrzucona do rozlewiska. Za plecami zostawiamy piękne góry Pamiru. 

Stąd również żal wyjeżdżać, a może tutaj zostać jeszcze dzień lub dwa? Przed nami jeszcze mnóstwo innych ciekawych miejsc, dlatego ruszamy w dalszą drogę, która jest równocześnie naszą powrotną.

Powrót do Kirgistanu

Dojeżdżamy do głównej drogi (asfaltowej) i kierujemy się w stronę granicy z Kirgistanem. Pstrykam ostatnie zdjęcia i uwierzyć nie mogę, że to już koniec wojaży po Tadżykistanie. To kraj, do którego warto powrócić, którego jak się nie zobaczy nie sposób opisać. 

W drodze powrotnej gubię telefon. Sytuacja jest nieciekawa, ale pod kontrolą, bo mógł się zagubić na odcinku 2 km. Znajduję go na rurze wydechowej motocykla, musiał ześlizgnąć się z siedzenia.

Co by było gdybym go nie znalazła, ciężko byłoby się pogodzić z utratą około dwóch tysięcy zdjęć. Przez brak dostępu do internetu, zdjęcia nie przesyłały się na moje konto google. 

Na przejściu granicznym stoimy około godziny. Tym razem idzie w miarę szybko. Po przejechaniu granicy pogoda natychmiast się zmienia. Jest zimno i z każdej strony gonią nas chmury. W końcu dopada nas deszcz, temperatura spada prawie do zera stopni. Zimno paraliżuje moje ciało, Marek zbiera cały deszcz na siebie, na szczęście do Sary Tash jest zaledwie kilka kilometrów. Ostatnią prostą lecimy ile się tylko da, a nie da się zbyt szybko, bo w asfalcie jest sporo ubytków. W końcu dojeżdżamy do Sary Tash.  

Nocleg w homestay w Sary Tash

Ponownie znajdujemy się w Sary Tash. Byliśmy już tutaj jadąc w stronę Tadżykistanu. Zmarznięta zsiadam z motocykla i idę coś zjeść. Zamawiam ciepłą herbatę, i pierogi. Czekamy na resztę ekipy, kiedy się pojawiają, Wojtek natychmiast zagląda pod podwozie samochodu. Stwierdza pęknięcie pióra resoru. W związku z tym, że w Sary Tash nie ma zakładu mechanicznego, kolejnego dnia wyrusza do Osh naprawić auto. To około 185 km. drogi.

Ośnieżone góry Pamiru

Po nocy spędzonej w homestay ruszamy zobaczyć najpiękniejszą panoramę gór Pamiru. Niestety nie możemy podjechać do bazy pod Pik Lenina. Złożyło się na to kilka czynników. To bardzo bolesna decyzja, ale samotna podróż po górach, w momencie kiedy nasz motocykl nie do końca jest sprawny, byłaby absurdem. 

Poranek wspaniały, cudowny, przejrzystość taka jakiej nie było od dawna. Ośnieżone majestatyczne góry sięgające nieba, wyglądają nieziemsko. Wśród nich ośnieżony słynny szczyt Pik Lenina, wznoszący się na wysokość  7134 m n.p.m. Shok Nawet najlepsze fotografie nie oddają tego, co człowiek czuje widząc tą potęgę gór. 

Pik Lenina to ten najwyższy na wprost naszej drogi. Wink

Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń. cyt. Wojciecha Cejrowskiego.

Bliżej cywilizacji

Przed nami tysiąc kilometrów do jeziora Issyk-Kul. Ponownie przejeżdżamy przez przełęcz Pass Taldyk. W drugą stronę wygląda ona zupełnie inaczej. Słońce pada z innej perspektywy i pojawiają się kolory których wcześniej nie mieliśmy okazji zobaczyć.  W miejscowości Gulcze odbijamy z głównej drogi i zjeżdżamy z asfaltu. W końcu zaczyna się fajna jazda.  

Jedziemy szutrową drogą, pomiędzy pięknymi zielonymi łąkami. Skończyły się surowe, księżycowe krajobrazy. Mijamy wioski, w których tętni życie. Ludzie do nas machają, dzieci chcą przybić piątkę, cieszą się na nasz widok. Jedziemy przez rozciągające się w nieskończoność pagórki, góry, przełęcze, które usłane są jurtami i końmi – coś pięknego!

Tysiące kilometrów spłukane w myjni

Znajdujemy się w regionie Dżalalabad, to tutaj  po prawie 3 tysiącach przejechanych kilometrów, doprowadzamy motocykl do jakiego takiego wyglądu. Nie ma śladu po kurzu, błocie, który przemierzał z nami po bezdrożach Tadżykistanu.

Jeszcze gdybym sama mogła wskoczyć w tym ubraniu motocyklowym do myjni, to by było cudnie. To trochę jak zatarcie jakiejś historii, ale uwierzcie kurz chyba najbardziej uprzykrzał nam jazdę. Po dwóch tygodniach, spodnie motocyklowe mogły stać same. Yes 3 

Przed wyjazdem z Gulczo zaopatrujemy się w najpotrzebniejsze produkty. Kupujemy kurczaka z rożna, który w tym miejscu był niezwykłym rarytasem.

Nocleg po środku pustkowia

Przed nami przełęcz Toguz-Toro, ale z racji tego, że szybko robi się ciemno, zatrzymujemy się na biwak. Rozbijamy się nieopodal kirgiskiej rodziny. W tej okolicy to jedyne i najlepsze miejsce jakie mogliśmy znaleźć. Czekamy ponad półtorej godziny na samochód z naszym ekwipunkiem. Na szczęście mamy zapas jedzenia i picia.

Noc jest raczej krótka, od porannych godzin młodziutki pies z przyciętymi uszami głośno ujada. Widać, że jest nieufny wobec obcych ludzi.   Emo smileys-dogs- 586854Fundujemy mu poranną ucztę, kości z kurczaka, którego zjedliśmy wczoraj wieczorem. Zjada wszystko i z radości merda przyciętym ogonkiem.

Zapraszamy naszych sąsiadów na poranną kawę, to starsze małżeństwo o wielkim sercu. Świetnie dogadujemy się po rosyjsku. Opowiadają nam o swoim wcale niełatwym życiu, bo jak może był łatwe, skoro mieszkają na totalnym pustkowiu. 

Ich życie zależy od hodowanych przez nich zwierząt, kóz, owiec, krów, które dają im pożywienie.

 

Przełęcz Toguz-Toro 2800 m n.p.m.

Przejeżdżamy przez malownicze tereny, które dają poczucie niesamowitej wolności. Tutaj naprawdę człowiek może odpocząć, nawet od własnych myśli, wystarczy przysiąść i odetchnąć, spojrzeć na góry i znów się nimi zachwycić. Wink

Przed nami kolejna dawka emocji, droga biegnie serpentynami po zboczach gór, widoki obłędne. Wyjeżdżamy na przełęcz Toguz-Toro, na wysokość 2800 m n.p.m. Droga jest dość wymagająca i skupiająca uwagę. Na przełęczy spotykamy młodego Kirgiza na koniu, który proponuje nam przejażdżkę.

Za przełęczą tereny robią się już bardziej łagodne, a okolice Kazarman to bardziej podnóża gór, niż prawdziwe góry. W tym dniu przejeżdżamy około 220 km, na mapie google droga ta nie istnieje. 


Kirgiskie wioski

Zjeżdżamy na niziny, mijamy wioski z luźno porozrzucanymi domkami zbudowanymi z cegły suszonej. Kirgizi w większości nie prowadzą koczowniczego trybu życia w porównaniu do Tadżyków. Oczywiście są tacy, którzy z własnej woli, wybierają życie wysoko w górach. Mowa tutaj o pasterzach, którzy w okresie letnim opuszczają wioski i wędrują w góry gdzie mieszkają w jurtach, bądź lepiankach.

Tutaj w dolinach, życie toczy się zupełnie inaczej. Jesteśmy świadkami jak sami mieszkańcy budują drogi. Przygotowują specjalne nasypy, w których umieszczają asfalt, który potem rozprowadzają na przygotowanej nawierzchni.

Chcą być bardziej cywilizowani. Mają telefony, a niektórzy nawet internet. Starymi samochodami bez napędu 4 x 4 i amortyzatorów, przemieszczają się pomiędzy wioskami. W Kirgistanie chyba każda rodzina, nawet ta najbiedniejsza ma samochód. To jedyny transport, aby móc wydostać się ze wsi i dostać do sklepu.

Ostatni nocleg w górach

Dojeżdżamy do rzeki, zatrzymujemy się na posiłek, kąpiel i pranie. Rzeka nie należy do najczystszych, ale idealnie nadaje się na małą przepierkę i doprowadzenie siebie do porządku. 

Do jeziora Son-Kol, pozostało około 50 km. W przydrożnej jurcie wypijamy kawę i zimne piwko. Piwo smakuje wyśmienicie, bo upał daje się we znaki.

Z racji tego, że przed nami wysoka przełęcz, a szybko robi się zimno i ciemno rozbijamy się nad rzeką. Rozpalamy ognisko i podpalamy kadzidełka, bo komary chcą nas tutaj zjeść.

Poranek ciężki, źle się czuje, głowa pęka i na nic nie mam ochoty. Na domiar tego, siadam tyłkiem na talerz z jajecznicą, w swoje śniadanie.ROFL 

Wszyscy wybuchają śmiechem, tylko nie ja. Złość mnie ogarnia jeszcze większa. Bo kto był tak dowcipny i zamiast na stoliku położył mi talerz na składanym krzesełku? Gdybym wtedy mogła zabić wzrokiem, pewnie ktoś by już nie żył. 

Po feralnym śniadaniu ruszamy w drogę. Do przejechania mamy około 260 km. po szutrowej drodze, więc dzień będzie intensywny. 

Przełęcz Moldo – Ashuu 3346 m n.p.m.

Przełęcze mają coś w sobie, że nie da się kontynuować jazdy bez przystanków, na których trzeba nacieszyć wzrok pięknem krajobrazu. Jak zwykle widoki zapierają dech w piersiach, a górskie krajobrazy różnią się od tych które widzieliśmy w Tadżykistanie.

Przełęcz Moldo Ashuu, znajduje się na wysokości 3346 m n.p.m. Jest łagodna z charakterystycznymi zielonymi pagórkami. Coś na podobieństwo naszych Czerwonych Wierchów. Tylko po nich nie da się jeździć na motocyklu.

Na przełęczy oblega nas stado baranów, których pilnuje baca. Są z nim psy które zaganiają je w jedno miejsce. Po drugiej stronie przełęczy znajduje się jezioro Song-Kol.


Jezioro Song-Kol

Malownicze jezioro Song-Kol położone jest na wysokości 3.016 m n.p.m. i wraz z okolicą tworzy prawdopodobnie największy region pasterski w Kirgistanie. Yes 3 Otacza je płaskowyż usiany jurtami nomadów. 

W okresie od maja do września, Kirgizi rozstawiają swoje jurty i przez 4 miesiące wypasają zwierzęta. Można tu napotkać liczne stada koni, krów, owiec, a nawet jaków.

Nad jeziorem nie ma żadnej infrastruktury, nocować można zatem, albo pod namiotem, bądź u lokalnych pasterzy. W promieniu 50 kilometrów nie ma żadnych miejscowości. Jezioro otoczone jest górami Song Kol i Mołdo. Woda jest krystaliczna, a klimat zupełnie inny niż nad komercyjnym jeziorem Issyk-Kul. Temperatura wody w lecie waha się między 11-12 °C, a pomiędzy listopadem i majem jezioro jest całkowicie zamarznięte.

Ze względu na pogarszającą się pogodę, jedziemy czym prędzej dalej. Po drodze niestety deszcz nas łapie temperatura gwałtownie spada w dół. Ubieramy przeciwdeszczowe ubranie i jak najszybciej zjeżdżamy z przełęczy.

Sary Bulak

Po zjechaniu z przełęczy deszcz ustaje, jedziemy przez cudowne pustynne stepy i góry przypominające te z Maroka. Dojeżdżamy do Sary Bulak. To mała wioska na skrzyżowaniu drogi Song Kol i Naryn. Można tutaj przenocować,  zatankować i zrobić zakupy. Nie ma tutaj wykwintnych restauracji, ale są baraki w których można również dobrze zjeść. Jest również hotel i kawiarnia.

Zatrzymujemy na dłuższą chwilę, aby przeczekać deszcz, który na nowo zaczął padać. Zamawiamy smażoną rybkę i herbatę. 

Na szczególną uwagę zasługuje dziewczynka, która nas obsługuje. Ma około 10-11 lat i swoją pracę wykonuje perfekcyjnie. Kiedy już wszyscy jesteśmy w komplecie, po uzupełnieniu paliwa ruszamy w dalszą drogę.


Cmentarz i obrządek pochówku

Po drodze mijamy cmentarze z pięknymi grobowcami. Wyglądają na opustoszałe, ale Kirgizi, starają się nie odwiedzać grobów bliskich, bo dla nich jest to niepokojenie dusz. Cmentarze znajdują się w górzystych miejscach, poza miastem.

Kirgizi chowają zmarłych trzeciego dnia. Przygotowania do pogrzebu rozpoczynają się od rozstawienia jurty, na której wywieszają zdjęcie zmarłego. W jurcie pod specjalną zasłoną kładą nagie ciało zmarłego. Przy szczątkach zmarłego, mogą znajdować się wyłącznie kobiety.

Przed pogrzebem, wszyscy goście zapraszani są do domu, gdzie czeka na nich zastawiony stół. Zgodnie z tradycją, należy spróbować każdej potrawy, która znajduje się na stole. Kirgizi wierzą, że dzięki temu dusza zmarłego dotrze szczęśliwie do raju.

W dniu pogrzebu ciało jest myte i zawijane w białą tkaninę, w ich kulturze nie używana jest trumna. W ceremonii tej uczestniczą tylko kobiety. Zgodnie z tradycją, wszyscy przybyli na pogrzeb goście, otrzymują kawałek tkaniny lub chusteczkę na pamiątkę po zmarłej osobie. Zwykle w południe przychodzi imam z meczetu. Po jego modlitwie ciało zabierane jest na cmentarz. W ostatniej drodze zmarłemu towarzyszą wyłącznie mężczyźni.

Pomnik na grobie można ustawić w pierwszą rocznicę śmierci, do tego czasu na grobie znajduje się tabliczka z danymi osoby zmarłej.

Jezioro Issyk-Kul i Salt Lake

Jezioro położone jest na wysokości 1609 m n.p.m. Jest to największe jezioro tego kraju, a drugie co do wielkości jezioro górskie na świecie, zaraz po Titicaca w Ameryce Południowej. Błękitne wody są tak szerokie, że nie widać drugiego brzegu, a wokół niego rozciągają się ośnieżone czterotysięczniki. Temperatura wody jest cieplejsza, niż w naszym Bałtyku w okresie letnim. Mieszkańcy Azji Centralnej spędzają tutaj swoje wakacje, wylegując się na piaszczystych plażach. 

Tuż obok znajduje się Salt Lake, słone małe jeziorko. Aby się do niego dostać musimy uiścić opłatę. Za wjazd płacimy 150 som, ale nie dostajemy żadnego pokwitowania. Woda w jeziorze jest tak zasolona, że kiedy się w nim pływa, to całe ciało utrzymuje się na powierzchni wody. Wink

Nad brzegiem jeziora i na jego dnie znajduje się błoto lecznicze, gdzie można zafundować sobie kąpiel błotną. Z nad Salt Lake, zjeżdżamy nad Issyk Kul, i zostajemy nad jego brzegiem dwie noce. 

Rozbijamy po raz enty……nasz namiot ,robimy pranie, i delektujemy się po ciężkim dniu. Drinks

Nocleg nad jeziorem Issyk-Kul

Poranek o jakim mi się nawet nie śniło. Budzę się przy wschodzącym słońcu, nad samym brzegiem jeziora. Pomalutku wyczołguje się z namiotu. Wszyscy w okół jeszcze śpią, jezioro również. Nie ma wiatru ani fal, dookoła cisza…. Sun-smilie water 001 Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć…… To dobra okazja na poranną kąpiel. Oprócz nas są jeszcze tylko dwaj mężczyźni, również śpią pod namiotem. Południowy brzeg jeziora jest bardziej dziki i mniej zagospodarowany. 

Jezioro praktycznie nigdy nie zamarza, nawet jeśli temperatura spada do minus 35 stopni, a wszystko to przez mikroklimat jaki tutaj panuje i gorące źródła, które znajdują się na dnie jeziora w niektórych jego partiach.

To pierwszy dzień, gdzie tak naprawdę nigdzie nie musimy jechać, ale czy tego tak naprawdę chcemy?

Plan jest taki, aby przynajmniej do południa odpocząć i się zrelaksować. To też ostatni dzień, gdzie wszyscy jesteśmy razem. Nasza wyprawa pomału dobiega końca. 

Piotr z rodziną już dzisiaj wracają do Biszkeku, a to za sprawą złego samopoczucia. Wojciech z Moniką i Jolą marzą jeszcze o wypoczynku nad jeziorem. A nam ciągle mało, ruszamy więc na dwa samochody podbić masyw Tien Szanu. Motocykl tym razem zostawiamy nad jeziorem pod opieką Wojciecha i dziewczyn. 

Przełęcz Tossor Pass 3880 m n.p.m.

Przełęcz Tossor Pass położona jest na wysokości 3880 m n.p.m. w masywie Tien Szan. I co najciekawsze można ją pokonać samochodem. Jadę więc w aucie z Arturem i dziewczynami, a Marek z Puszkiem. Plan jest taki, aby trasę zrobić w ciągu 5 godzin. Biggrin

Wpierw wąwozem z nad jeziora musimy dostać się do głównej drogi. Po przejechaniu około 60 km skręcamy w prawo i dalej po szutrowej drodze jedziemy w kierunku Tosor. Droga pomału wznosi się ku szczytom. Zatrzymujemy się jeszcze w dolnej jej części na posiłek. Pogoda zmienia się z godziny na godzinę, chmury obejmują całe pasmo górskie.

Z trudem dopatrujemy się szczytów w chmurach. Kontrastem jest to, że są ośnieżone i bardziej rzucają się w oczy. Im wyżej tym więcej śniegu i droga staje się coraz bardziej wymagająca. Widać, że chwilę temu musiał tutaj sypać grad.

Robi się bardzo zimno, ale widoki zapierają dech w piersiach. Małe jeziorko powstałe w wyniku lodowca, zatrzymuje nas na dłuższą chwilę. W końcu osiągamy przełęcz, jesteśmy na wysokości około 4 tys.m n.p.m. Po drugiej stronie przełęczy rozpościera się piękna panorama z zielonymi dolinami. Przed nami droga powrotna, więc nie spędzamy tutaj zbyt wiele czasu. Szybko robi się ciemno. 

Na miejsce obozowiska docieramy późnym wieczorem. W punkcie poboru opłat ponownie domagają się od nas zapłaty. Na nic zdają się nasze argumenty, że już wczoraj uiściliśmy opłatę. Nie posiadając żadnego kwitka raz jeszcze płacimy za wjazd. Nad jeziorem spędzamy ostatni wieczór i noc.  

Południowe wybrzeże jeziora Issyk-kul

O poranku, rozstajemy się z pozostałą ekipą, która powraca już do Biszkeku. Z racji tego, że nasz samolot odlatuje dopiero za 3 dni, kontynuujemy zwiedzanie południowego wybrzeża Issyk-Kul. Szkoda spędzić te kolejne dni, w zatłoczonym mieście. Południowe wybrzeże jest wyjątkowe, a dla nas będzie to świetny reset po trzytygodniowej przeprawie po górach. 

Podążając wzdłuż południowego wybrzeża, dojeżdżamy do miejsca gdzie plaża ma czerwony piasek, a woda kolor błękitno-turkusowy. Tak piękną plażę, widziałam ostatnio na Krecie, chociaż piasek był dużo drobniejszy, a kolor nie tak intensywny.

To jedno z piękniejszych miejsc w okolicach jeziora Issyk Kul i cudowne miejsce na wypoczynek. Shok

 

Kanion Skazka

Następnie jedziemy w kierunku Tosor, miasteczka, stanowiącego bazę wypadową do pobliskiego kanionu Skazka. Pogoda jest obłędna, dzięki której możemy podziwiać niezwykłe kolory skał.

W pobliżu znajduje się drugi kanion Ak-Sai, ale niestety nie udało się go nam zlokalizować, pomimo tablicy informującej przy drodze. Mało tego nikt o nim nic nie wiedział. Lol

Jedziemy wąskim przesmykiem, pomiędzy czerwonymi skałami dojeżdżając do punktu poboru opłat. Opłata wynosi 50 Som od osoby. Na parkingu zostawiamy motocykl i częściowo ubrania motocyklowe. 

Kanion Skazka to malownicze miejsce i największa atrakcja po południowej stronie jeziora Issyk Kul. Widoki są kosmiczne, chociaż bardziej przypominają planetę Mars. Fantazyjne kształty, ukształtowane przez wiatr, robią na nas ogromne wrażenie. Niektóre mają nawet konkretne nazwy jak np. Wielki Mur Chiński, hipopotam, wąż, czy sowa. Biggrin

Przez blisko godzinę w spodniach i butach motocyklowych, wspinamy się po grzbietach. Ożywione słonecznymi promieniami skały, mienią się wszystkimi kolorami tęczy. 

Tutejsza toaleta nie zachęca zupełnie do skorzystania.

Dolina Siedmiu Byków 

Z kanionu lecimy do Doliny Siedmiu Krwawych Byków w kierunku Yeti Oguz. Znajdują się tutaj góry o niesamowitych kształtach i intensywnym czerwonym kolorze. To piaskowce, których chropowata faktura wygląda niczym warstwy ułożone jedna na drugiej.

Zachodzące słońce nasyca kolory gór, przez co miejsce robi się jeszcze bardziej klimatyczne. W dolinie znajdują się miejsca noclegowe, hostele, baraki i kilka jurt. Z racji tego, że nigdy nie miałam okazji spać w jurcie, dzisiaj będzie ten mój pierwszy raz.

Nocleg kosztuje 900 som, czyli 45 złotych. 

Nocleg w jurcie

Jurta to przenośny tradycyjny dom koczowników, zbudowany jest z drewnianych kratek, z których buduje się koło. Zazwyczaj ma od czterech do dwunastu ścian, w zależności od jej wielkości. 

Sercem całej konstrukcji jest tzw. „świetlik”, czyli czubek jurty, który jest odsłaniany w ciągu dnia, co sprawia, że do wewnątrz dostają się promienie słońca. Pomiędzy drewnianymi prętami, przeplata się płócienne, wzorzyste pasy tkanin. Biggrin Całość otula się słomianymi matami, a następnie pokrywa filcem. Najpierw pokrywa się ściany, potem dach. Całość mocno ściągana jest skórzanymi rzemieniami lub sznurami z końskiego włosia.

Wnętrze jurty to prawdziwa eksplozja kolorów, elementy ścian pokryte są ozdobnymi tkaninami lub dywanikami. 

Wejście do jurty zwrócone jest zawsze od południa, co ma swoje praktyczne uzasadnienie, więcej światła wpada do wnętrza jurty, przy czym chroni przed mroźnymi wiatrami z północy. 

Wchodząc do jurty obuwie należy pozostawić na zewnątrz, bądź zostawić w środku tuż przy samym wejściu. Smile Na środku stoi duży stół, który służy do posiłku. Należy przy nim siedzieć po turecku, nie wypada kucać, czy też stać, bo sygnalizuje to pośpiech i może być oznaką lekceważenia gospodarza.

O godz. 8 rano dostajemy śniadanie, tradycyjnie jajka sadzone, z chlebem i herbatą.

 


Krwawe skały z piaskowca

Po śniadaniu idziemy zobaczyć krwawe skały z piaskowca, oraz kanion ukryty za górą. Nazwa Jeti-Ögüz oznacza po kirgisku siedem byków. Z tym miejscem związanych jest kilka legend, każda inna, ale jedna z nich najbardziej prawdopodobna jest taka, że dwoje mężczyzn walczyło między sobą o kobietę, obaj polegli, a ich przelana krew nadała kolor tym skałom.

Wspinamy się na pobliskie wzniesienie, z którego widać piękny krwawy wąwóz. Zejście do wąwozu jest dosyć strome, z dużą ilością żwiru, i błota, więc tylko Marek schodzi do jego wnętrza. 

Generalnie Jeti Oguz, było niegdyś świetnym kurortem, ale lata świetności dawno ma już za sobą. Wszystko się tutaj rozpada się i rdzewieje. Nawet hotel, w którym w 1991 r. Jelcyn spotkał się z ówczesnym prezydentem Kirgistanu Askarem Akaer.

Podobno kurort odwiedził sam Jurij Gagarin po swojej słynnej na cały świat wyprawie w przestworza. Dziś Kurort robi przygnębiające wrażenie, ale malownicza okolica i tak przyciąga sporą liczbę turystów. Plecak

Katedra Św. Trójcy w Karakol

Kolejnym punktem zwiedzania jest Karakol, tam zwiedzamy piękną Katedrę Św.Trójcy.

To stara świątynia, zbudowana bez gwoździ. Budowa katedry została ukończona w 1895 roku, za czasów władzy komunistów, służyła jako klub nocny, Shok a potem jako magazyn. Dopiero w latach 60-tych zaczęto renowację świątyni, a w 1991 i 1997 roku została ona poświęcona.

W katedrze możemy obejrzeć przykłady pięknych ikon i innych dzieł sztuki religijnej. Drogocennym skarbem jest Ikona Dziewicy, pochodząca z klasztoru Svetly Mys, w którym wymordowano w bestialski sposób mnichów. Mówi się, że ikona spływa łzami i krwią. Sorry 2 Wokół katedry znajdują się piękne ogrody i sad jabłkowy.

Następnie zwiedzamy meczet, nazywany chińskim, który jest w całości zbudowany z drewna, przez Ibrahima Haji 1904. Przy budowie nie użyto, ani jednego gwoździa. Z zewnątrz przypomina buddyjską świątynię. Przychodzą do niego zarówno kirgiscy i chińscy muzułmanie. Yes 3

 

Mandat

W Karakol tuż za skrzyżowaniem, zatrzymuje nas policja, zresztą już nie pierwszy raz jesteśmy kontrolowani. Za pierwszym razem skończyło się na pouczeniu, ale tym razem otrzymaliśmy mandat za wjechanie na skrzyżowanie w 2 sekundzie, przed zmianą światła na czerwone.

Mandat opiewał na kwotę 2500 Somów, to około 125 zł, jednak po wielu negocjacjach płacimy 500 somów (do ręki)……….. Smile

Policja tam działa naprawdę bardzo sprawnie. Stoją w każdej większej wsi i na każdym skrzyżowaniu w większym mieście. Każdy przejazd jest monitorowany, więc nie ma możliwości ściemniania. Crazy 

Issyk- Kul część północna

To tutaj znajdują się turystyczne kurorty, przyciągające tysiące spragnionych wypoczynku wczasowiczów. Wielu tubylców, oraz Kazachów, spędza tutaj każdą wolną chwilę.

Szerokie plaże z piaskiem przypominają nadbałtyckie kurorty. Wesołe miasteczka z tłumem wrzeszczących dzieci, oraz pełna infrastruktura i komercja. Zakres rozrywek jest również bardzo bogaty, od wodnych rowerów, skuterów wodnych, czy lotów na spadochronie za łodzią motorową.

Zdecydowanie dzikie magiczne południe bardziej do mnie przemawia, ale tak się jakoś złożyło, że jesteśmy w drodze powrotnej i ostatnie chwile spędzamy właśnie tutaj. 

Po godzinie odpoczynku nad brzegiem jeziora, pogoda zmienia się diametralnie. Co chwilę pada deszcz, zatrzymujemy się w przydrożnym barze i czekamy na poprawę pogody. 

Z racji tego, że deszcz nie daje za wygraną, zatrzymujemy się w hotelu Alyia w Bałykczy. To pierwsza noc po trzech tygodniach w warunkach cywilizowanych. Będzie można się w końcu wykąpać, i wyspać w wygodnym łóżku. 

Powrót do Biszkeku

Poranek słoneczny, to cudowna wiadomość po wczorajszych opadach deszczu. Udajemy się na śniadanie, i zaglądamy na plaże nad jeziorem. Przechodzimy przez tory kolejowe, które rozdzielają plażę z hotelem. Znajduje się tutaj linia kolejowa, łącząca Biszkek z miejscowością Bałykczy. Podróż pociągiem na tej trasie trwa około 6 godzin. Wstęp na plażę jest płatny, ale w zamian za to plaża jest piękna i szeroka.  Sun-smilie water 052

Wąwóz Konorchek

Ruszamy w naszą ostatnią trasę na motocyklu. Z Bałykczy jedziemy do Tokmok, przez Krasny most, to około 110 km drogi. Po 30 km dojeżdżamy do Boz Salkyn, gdzie znajduję się Wąwóz Konorchek z czerwonego piaskowca.

Przed nami wędrówka dnem kanionu. Szlak biegnie lekko do góry, co jakiś czas pokonujemy spore wzniesienia. W ubraniu motocyklowym sprawiają nam duże problemy. Dodatkowo żar z nieba się leje. Zawracamy, bo w tym upale, wyprawa robi się nieprzyjemna.

Wieża Burana

Na naszej trasie zwiedzamy Wieżę Burana, oddaloną około 85 km od Biszkeku. Stoi samotnie, milcząca pośrodku rozległej doliny, na tle wyrastających gór Tien Szanu. 25 metrowa kamienna wieża, została zbudowana w IX wieku. Obecnie jest pięknie odremontowana. Można na nią wejść po bardzo wąskich krętych schodach.

Z wieżą Burana związana jest również legenda, o zamkniętej w niej królewnie. 

Legenda głosi, że pewnego razu, jedna z czarownic zamieszkałych w mieście przestrzegła króla, że jego nowo narodzona córka umrze, zanim dożyje swoich 18 urodzin. Król bardzo przejął się tym ostrzeżeniem. Mając spory majątek, zbudował dla córki 45-metrową wieżę, aby uchronić ją od nieszczęścia. Zamknął ją w wieży do której miał dostęp jedynie kucharz, który przygotowywał dla niej posiłki. Jednak i to nie pomogło, młoda księżniczka zakończyła swój żywot na dzień przed swoimi osiemnastymi urodzinami. W jedzeniu, które dostarczał jej kucharz przemycony został jadowity pająk.  

Biszkek ostatni przystanek

I tak kończy się nasza podróż motocyklowa po Kirgistanie i Tadżykistanie. Po przejechaniu około 4 tys. km po bezdrożach i pięknych dolinach Azji Środkowej, docieramy do Biszkeku. Zatrzymujemy się ponownie w hotelu  Lumarc. Wojtek z Moniką są tutaj już od dwóch dni. Oczywiście idziemy na pyszny obiad do restauracji Navat. Jedzenie jest tutaj mega, dlatego miejsce warte polecenia. To nasza ostatnia noc w Kirgistanie. Sad

Poranek mija na wielkim pakowaniu. O 10 rano, rozstajemy się z naszym motocyklem. Nie ukrywam, że łezka w oku się kręci. Nie mniej jesteśmy szczęśliwi, że bezkontuzyjnie, bez większej awarii, udało się objechać setki kilometrów.

Laweta w pełni załadowana, czeka już tylko na nasze pojazdy. Następnego dnia ma wyruszyć w drogę powrotną do Polski.

Wracamy do domu

Po odstawieniu motocykla, łapiemy taksówkę, i jedziemy na dworzec. Kupujemy bilety do Kazachstanu – Ałmaty. Przed nami około 5 godzin jazdy. Po upale nie ma śladu, więc i jazda busem jest dość przyjemna.

Granicę państwa przekraczamy bardzo sprawnie. Po godz 15 jesteśmy w Ałmatach, dworzec znajduje się w okolicach zbiornika wodnego Sairan. Łapiemy taksówkę, i jedziemy do hostelu. W restauracji Beefeater zjadamy obiadokolację. O trzeciej rano udajemy się na lotnisko. 

Samolot do Kijowa mamy o piątej rano, więc wstajemy bardzo wcześnie. Lot trwa ponad 6,5 godziny, jest męczący i bardzo długi.

W Kijowie jesteśmy o 8:45 czasu lokalnego, z lekkim opóźnieniem. Kolejny lot mamy za niecałą godzinę, więc kolejna odprawa odbywa się bardzo szybko. O godzinie 10 lądujemy na polskiej ziemi w Warszawie.

Czujemy lekkie zmęczenie, ale już sama myśl, że jedną nogą jesteśmy w domu, powoduje przypływ pozytywnej energii. To była ekscytująca pełna wrażeń i wysiłku wyprawa. Clapping

Dziękuję wszystkim, którzy nam kibicowali, całej mojej rodzinie i znajomym. A tym którym miałabym doradzić, to się nie zastanawiajcie, te kraje po prostu trzeba zobaczyć.