Moja trasa przez Dolinę Strążyską i Sarnie Skałki: widoki i błędy, które popełniłem

1
158
5/5 - (1 vote)

Dlaczego wybrałem Dolinę Strążyską i Sarnie Skałki

Między spacerem a prawdziwą górską wycieczką

Dolina Strążyska i Sarnie Skałki długo leżały na mojej liście tras „na kiedyś”. Z jednej strony – łatwo dostępne z centrum Zakopanego, z drugiej – obiecujące prawdziwe widoki na Tatry, a nie tylko spacer po lesie. Idealny kompromis: trochę wysiłku, trochę potu, ale bez skrajnych trudności technicznych. W teorii: trasa „dla każdego”. W praktyce szybko się okazało, że nawet na takim „spacerze” można popełnić zaskakująco dużo błędów.

Chciałem połączyć trzy rzeczy w jednym dniu: przejść Dolinę Strążyską, zobaczyć wodospad Siklawica, a potem przez Sarnie Skałki wrócić do Zakopanego inną drogą. Siłą rzeczy, wyszła z tego trasa, która świetnie pokazuje, gdzie w Tatrach kończy się zwykły spacer, a zaczyna wycieczka, do której trzeba się już rozsądnie przygotować – nawet jeśli z przewodników wyłania się obraz „łatwej” ścieżki.

Dla wielu osób to jest pierwszy kontakt z prawdziwym, kamienistym szlakiem tatrzańskim. Dokładnie tak było u mnie: wcześniejsze wypady kończyły się raczej na dolinach reglów. Tutaj po raz pierwszy poczułem, że pod nogami mam „prawdziwe góry”, a nie szeroką drogę do schroniska. I przy okazji zaliczyłem kilka klasycznych wpadek, którymi warto się podzielić, żeby ktoś inny mógł ich uniknąć.

Krótka charakterystyka trasy, zanim wyruszysz

Zanim opiszę widoki i błędy, które popełniłem, warto zarysować, jak mniej więcej wygląda ta trasa w praktyce. Wycieczka, którą przeszedłem, miała taki schemat:

  • wejście z Zakopanego do wylotu Doliny Strążyskiej,
  • wejście doliną do Polany Strążyskiej,
  • krótki wypad do wodospadu Siklawica i powrót na polanę,
  • podejście żółtym szlakiem na Sarnie Skałki,
  • zejście czerwonym szlakiem przez Dolinę Białego w stronę Zakopanego.

Da się to zamknąć w jednym, spokojnym dniu, ale tylko pod warunkiem sensownego podejścia do godziny startu, pogody i własnej kondycji. Mi kilka rzeczy „nie zagrało”, co odczułem szczególnie na podejściu na Sarnie Skałki i przy schodzeniu. O tym dalej.

Turyści na górskim szlaku w Tatrach koło Zakopanego
Źródło: Pexels | Autor: Krista Glīzdeniece

Start z Zakopanego i wejście do Doliny Strążyskiej

Jak faktycznie dojść do wylotu doliny

Nocowałem w centrum Zakopanego, więc do wylotu Doliny Strążyskiej postanowiłem dojść pieszo. To brzmi banalnie, ale już tu pojawił się mój pierwszy, dość prosty błąd – wyszedłem zbyt późno. Plan zakładał luźny, słoneczny dzień, ale ani słońce, ani ilość ludzi na szlakach nie współgrają dobrze z leniwym porankiem.

Podejście z okolic Krupówek do wylotu doliny zajęło mi spokojnym tempem ok. 30–40 minut. Po drodze kilka przejść dla pieszych, asfalt, zabudowania, samochody – zero górskiego klimatu, ale to moment, kiedy dobrze jest:

  • sprawdzić, czy niczego nie zapomnieliście (woda, kurtka, telefon, gotówka na bilet TPN),
  • dopasować warstwy ubrania (lepiej zdjąć bluzę już tu, niż się ugotować w dolinie),
  • jeszcze raz rzucić okiem na mapę – szczególnie, jeśli planujecie pętlę przez Sarnie Skałki i Dolinę Białego.

Przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego stoi klasyczna budka, gdzie kupuje się bilet wstępu. Tam też dołączyłem do całkiem sporej grupy ludzi: rodziny z dziećmi, seniorzy, turyści w klapkach, w japonkach, w sneakersach, a nawet w sandałach miejskich. I tu pojawiła się pierwsza wątpliwość: czy ja przypadkiem nie przeceniam tej trasy, skoro tyle osób idzie jak na deptak?

Pierwszy błąd: zbyt późny start

Start w okolicach 10:00–10:30 w słoneczny, letni dzień oznacza jedno: tłumy. Dolina Strążyska jest jedną z najpopularniejszych dolin reglowych w Tatrach, a Sarnie Skałki stają się naturalnym „dodatkiem” dla tych, którzy chcą zobaczyć coś więcej niż tylko dno doliny. Późny start zemścił się kilkakrotnie:

  • na początku trasa przypominała momentami korek – trudno wejść w swój rytm marszu,
  • w najładniejszych punktach widokowych trzeba było czekać, aż ktoś zwolni miejsce,
  • w południe słońce zaczęło bardzo mocno grzać, co odbiło się na podejściu na Sarnie Skałki.

Realistycznie patrząc – najlepszy moment wyjścia na taką pętlę (Strążyska + Siklawica + Sarnie Skałki + Dolina Białego) to okolice 7:00–8:00 rano. Łapie się wtedy spokojny rytm marszu, jest chłodniej, a na szczycie Sarni nie trzeba przepychać się łokciami o skałę, żeby zobaczyć Giewont. U mnie było zupełnie odwrotnie – za późno, za ciepło, za tłoczno.

Drugi błąd: zlekceważenie nawodnienia już na starcie

Wydawało mi się, że butelka 0,7 l wody „na początek” wystarczy, bo przecież to tylko dolina, kilka kilometrów, a później „się zobaczy”. Klasyczne myślenie kogoś, kto mentalnie jeszcze jest w kategorii „spacer po mieście”. Tymczasem już pierwsze kilometry w lekko podchodzącym w górę terenie, w cieniu, ale przy wysokiej temperaturze, dały znać, że:

  • organizmu nie interesuje, czy to „tylko dolina”,
  • i tak potrzeba regularnie pić – małymi łykami, a nie litrem na raz,
  • zbyt oszczędne picie na początku skutkuje potem szybkim „odcięciem prądu” na podejściu.

Na pierwszych dwóch kilometrach praktycznie nie piłem, bo „jeszcze nie jestem zmęczony”. Potem odczułem to z nawiązką na stromszych fragmentach żółtego szlaku. Gdybym miał ten dzień przeżyć jeszcze raz, wystartowałbym z plecakiem, w którym minimum 1,5 l płynu to absolutne minimum, a pierwsze 0,5 l wypiłbym rozłożone między wylotem doliny a Polaną Strążyską.

Wąska ścieżka wśród skalistych szczytów w wysokich górach
Źródło: Pexels | Autor: Jędrzej Koralewski

Przejście Doliną Strążyską: więcej niż spacer

Charakter szlaku i pierwsze widoki

Dolina Strążyska zaczyna się bardzo niewinnie. Szeroka droga, częściowo utwardzona, początkowo delikatnie pnie się w górę. Brzmi jak „spacerówka”, co potwierdza ilość dziecięcych wózków i butów bardziej kojarzących się z galerą handlową niż z górami. Jednak z każdym kolejnym kilometrem podłoże przechodzi z utwardzonego w bardziej kamieniste, typowo tatrzańskie.

Po chwili pojawia się charakterystyczny element szlaku: szum potoku Strążyskiego, który towarzyszy aż do Polany Strążyskiej. W kilku miejscach ścieżka prowadzi blisko wody, co jest bardzo przyjemne w upalne dni, ale ma też pewien minus – większą wilgotność i śliskie kamienie na fragmentach bliżej brzegu. Tu zauważyłem pierwszą różnicę między osobami w butach trekkingowych a tymi w zwykłych sneakersach: jedni przechodzili pewnie, drudzy kombinowali, jak nie poślizgnąć się na mokrym kamyku.

Inne wpisy na ten temat:  Ślady niedźwiedzia na szlaku – relacja z dreszczykiem

Po kilkunastu minutach marszu zaczyna się też pojawiać to, co w tej dolinie jest najlepsze: przebłyski Giewontu i masywu otaczającego dolinę. Najpierw nieśmiało, między drzewami, potem coraz wyraźniej. Dla mnie był to moment, kiedy faktycznie poczułem, że nie jestem już w parku miejskim, tylko w Tatrach – nawet jeśli wysokość n.p.m. jeszcze nie imponuje.

Trzeci błąd: zbyt szybkie tempo na początku

Ponieważ pierwsze kilometry doliny są stosunkowo łagodne, łatwo wpaść w pułapkę: iść za szybko, bo „przecież to nic trudnego”. Ja popełniłem ten klasyczny błąd. Dogoniłem kilka grup przede mną, potem od nich odszedłem, potem przeszedłem kolejnych kilka osób, czując satysfakcję, że „dobrze mi idzie”. Problem w tym, że całkowicie zlekceważyłem fakt, iż:

  • Dolina Strążyska to tylko rozgrzewka,
  • prawdziwy wysiłek zaczyna się po Polanie, na podejściu na Sarnie Skałki,
  • bieg na czas w dolinie nie ma żadnego sensu – chyba że celem jest szybciej się zmęczyć.

W okolicach Polany Strążyskiej czułem już pierwsze, niepotrzebne zmęczenie – napięte łydki i przyspieszony oddech, który w górach powinien być raczej „kontrolowany”, a nie „zadyszka po sprincie na tramwaj”. Gdybym szedł wolniej od początku, dojście do polany potraktowałbym jako fakt, a nie mini-wyczyn.

Polana Strążyska – pierwszy prawdziwy przystanek

Polana Strążyska to naturalny punkt zatrzymania. Nagle gęsty las się otwiera, pojawia się przestrzeń, ławki, miejsce, gdzie można chwilę usiąść i wyciągnąć coś z plecaka. To również pierwsze miejsce, gdzie widać Giewont w całej okazałości. W ciepły dzień spora część ludzi robi tu dłuższy piknik, a część kończy na tym swoją wycieczkę.

Dla mnie Polana Strążyska była miejscem na krótką regenerację i przeanalizowanie planu. Wiedziałem, że chcę jeszcze podejść pod Siklawicę i potem ruszyć w stronę Sarnich Skałek. I właśnie tu popełniłem kolejny błąd: przysiadłem na chwilę „na nic”, bez jedzenia i porządnego picia, bo „przecież zaraz Siklawica, tam dopiero odpocznę”.

W praktyce Polana to idealny moment, żeby:

  • zjeść coś konkretnego, choćby małą kanapkę lub baton energetyczny,
  • wypić kilka większych łyków wody lub izotoniku,
  • zdjąć na chwilę plecak i rozluźnić barki oraz kręgosłup.

Ja popełniłem odwrotność: posiedziałem parę minut bez żadnej sensownej regeneracji, po czym wstałem i ruszyłem od razu dalej. Mięśnie zdążyły się „przytkać”, ale nie dostały żadnego paliwa. Duży błąd, który zemścił się później.

Jesienne górskie szczyty i las w parku narodowym
Źródło: Pexels | Autor: Alex Moliski

Odcinek do Siklawicy: krótko, ale kamieniście

Charakter ścieżki pod wodospad

Od Polany Strążyskiej do wodospadu Siklawica prowadzi żółty szlak. To już nie jest szeroka, niemal drogowa ścieżka jak w dolinie. Zaczyna się typowa, wąska, kamienista trasa tatrzańska. Odległość jest niewielka – około kilkunastu minut marszu – ale charakter podłoża zmienia się diametralnie. Kamienie, korzenie, nierówności, miejscami niewielkie stopnie.

Dla mnie to był pierwszy realny test obuwia tego dnia. Miałem lekkie buty trekkingowe, ale widząc ludzi w cienkich trampeczkach, zrozumiałem, jak szybko można tu sobie nabić kostkę albo po prostu poślizgnąć się na mokrym kamieniu. Ten odcinek jest krótki, ale świetnie obnaża, czy ktoś potraktował wycieczkę w góry poważnie, czy wyszedł jak na spacer po bulwarze.

Wodospad Siklawica – co naprawdę tam zastaniesz

Siklawica to ładny, choć stosunkowo niewielki wodospad, który spada dwiema kaskadami po skalnej ścianie. W słoneczny dzień miejsce robi spore wrażenie: chłodniejszy mikroklimat, wilgotne powietrze i charakterystyczny szum wody. Niestety, jest też druga strona medalu: tłok. Przy ładnej pogodzie to jedno z najbardziej obleganych miejsc w dolinie.

Realistycznie: jeśli przychodzisz tam w okolicach południa lub wczesnego popołudnia, możesz spodziewać się:

  • kolejki do najlepszego miejsca na zdjęcie,
  • śliskich kamieni pod nogami – bo wszyscy chcą podejść „jak najbliżej”,
  • dzieci biegających po okolicy i próbujących wejść tam, gdzie nie powinny.

Sam wodospad jest przyjemnym celem, ale warto zachować tam podwyższoną ostrożność. Łatwo się poślizgnąć, szczególnie jeśli podłoże jest mokre, a ktoś próbuje balansować z telefonem w ręce, szukając „idealnego ujęcia”. Z przodu niby płasko, ale kilka kroków dalej zaczynają się luźne kamienie i śliskie, wilgotne głazy.

Czwarty błąd: za długi postój w złym miejscu

Zachwycony widokiem wodospadu, zrobiłem to, co robi większość osób: usiadłem blisko wody, na jednym z kamieni, i postanowiłem „porządnie odpocząć”. Problem w tym, że było tam:

  • zimno (chłodny „przeciąg” od wodospadu),
  • bardzo wilgotno,
  • Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

    Jak wygląda trasa Dolina Strążyska – Siklawica – Sarnie Skałki – Dolina Białego?

    Najczęściej przechodzona pętla wygląda tak: z centrum Zakopanego dojście pieszo do wylotu Doliny Strążyskiej, wejście doliną na Polanę Strążyską, krótki wypad do wodospadu Siklawica i powrót na polanę, następnie podejście żółtym szlakiem na Sarnie Skałki i zejście czerwonym szlakiem przez Dolinę Białego z powrotem w stronę Zakopanego.

    Całość to spokojna wycieczka na cały dzień, pod warunkiem rozsądnego startu (rano), dobrej pogody i przyzwoitej kondycji. To już wycieczka górska, a nie tylko spacer po płaskiej dolinie.

    Czy trasa przez Dolinę Strążyską i Sarnie Skałki jest trudna?

    Trasa uchodzi za „łatwą” i często poleca się ją początkującym, ale w praktyce to coś pomiędzy spacerem a prawdziwą górską wycieczką. Odcinek doliną jest łagodny, szeroki i w sporej części utwardzony, natomiast po