Dolina Pięciu Stawów – sceneria dla tajemniczego schroniska
Położenie schroniska w sercu wysokogórskiej niecki
Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich leży w jednym z najbardziej odizolowanych i surowych rejonów polskich Tatr. Otaczają je potężne granitowe ściany Orlej Perci, Miedzianego, Szpiglasowego Wierchu i masywu Koziego Wierchu. Już samo dojście do doliny sprawia wrażenie przekraczania granicy między światem ludzi a domeną górskich duchów, co od ponad stu lat sprzyja powstawaniu legend i opowieści o jego najstarszych tajemnicach.
To najwyżej położone schronisko w polskich Tatrach (1671 m n.p.m.) i jednocześnie jedno z najbardziej odciętych od cywilizacji. Brak drogi dojazdowej, brak kolei, brak wyciągów – jedynym sposobem dotarcia do Piątki są nogi. Ta izolacja nie jest tylko ciekawostką logistyczną. Tworzy atmosferę skupienia i wyostrza wyobraźnię. Gdy po zmroku gaśnie gwar turystów, a w oknach zostaje tylko wąski pas światła nad lustrem Wielkiego Stawu, każdy trzask drewna, każdy powiew wiatru zdaje się niósł w sobie jakąś historię.
Z punktu widzenia eksploratora tajemnic miejsce to ma kilka istotnych cech: brak sztucznego oświetlenia w otoczeniu, silny kontrast między sezonowym tłumem a ciszą pozasezonową, gwałtowne załamania pogody oraz niezwykle surowe zimy. Taki zestaw sprzyja powstawaniu przekazów o zjawach, zagadkowych dźwiękach i niespodziewanych spotkaniach na szlaku. To, co w mieście byłoby zwykłym cieniem czy przeciągiem, tu natychmiast urasta do rangi znaku z innego świata.
Dlaczego właśnie Piątka stała się magnesem dla legend
Dolina Pięciu Stawów od dawna uchodziła za miejsce „nieco inne” niż sąsiednie doliny. Strome progi skalne utrudniające dojście, ogromna przestrzeń między ścianami, zamarzające zimą jeziora i długie, ciemne noce tworzyły warunki, w których każda niejasność szybko przybierała postać legendy. Pierwsi przewodnicy tatrzańscy i pasterze, przesiadując przy watrze, prześcigali się w opowieściach o tym, co „widzieli nad Stawami”.
Do tego dochodzi fakt, że dolina była od wieków trasą przejścia: dla pasterzy, kłusowników, myśliwych, przewodników prowadzących pierwszych turystów na Zawrat, a z czasem także dla kurierów tatrzańskich w czasie II wojny światowej. Tam, gdzie przecinają się drogi ludzi o różnych zamiarach – legalnych i nielegalnych – zawsze rodzi się więcej tajemnic. Nie wszystko da się potem wyjaśnić, a część historii zostaje tylko w formie półszeptów przy drewnianych stołach w jadalni schroniska.
Schronisko, jako stały punkt w tym krajobrazie, chłonęło te opowieści jak gąbka. Najpierw w prymitywnej pasterskiej kolibie, potem w pierwszym drewnianym schronisku, aż po współczesny budynek. Każde pokolenie gospodarzy i pracowników dodawało własną warstwę podań. Gdy dzisiaj siada się przy starym piecu kaflowym lub w ciemniejszym rogu jadalni, wystarczy poprosić o „coś starszego o Piątce”, a niemal zawsze ktoś znajdzie historię, której nie ma w przewodnikach.
Krótka mapa pojęć: dolina, stawy, schronisko
Aby zrozumieć, skąd biorą się najstarsze tajemnice schroniska, warto uporządkować kilka podstawowych elementów przestrzeni:
- Wielki Staw Polski – najgłębsze jezioro Tatr; jego ciemna, niemal czarna w głębi woda jest źródłem wielu podań o „bezdenności” i „pożeraniu” zagubionych przedmiotów.
- Przedni Staw – najbliżej szlaku z Palenicy; przy jego brzegu przewodnicy opowiadali dawniej o pierwszych „widmach nad Piątką”, które miały ostrzegać przed burzą.
- Schronisko – obecny budynek to efekt kilku etapów historii; obok niego stały wcześniej inne, mniej znane, z których część zniknęła w płomieniach lub w wyniku zniszczeń pogodowych.
Każdy z tych elementów doczekał się własnych mitów. Jednak dopiero ich połączenie – jeziora, ściany, pogoda i dom ludzi na tym surowym terenie – stworzyło gęstą sieć opowieści, która dziś określana jest zbiorczo jako „tajemnice schroniska w Dolinie Pięciu Stawów”.
Od pasterskiej koliby do górskiej warowni – początki schroniska
Najstarsze ślady schronienia nad Stawami
Zanim powstało pierwsze oficjalne schronisko, w rejonie dzisiejszej Piątki funkcjonowały prymitywne szałasy pasterskie. Były to proste konstrukcje z belek i kamienia, kryte gontem lub darnią, używane głównie latem do wypasu owiec. Nie ma ich już w terenie – pozostały po nich co najwyżej ślady fundamentów, stare gwoździe znajdowane czasem przez taterników przy kamiennych murkach lub wzmianki w starych inwentarzach dóbr zakopiańskich.
W pasterskich opowieściach rejon dzisiejszego schroniska uchodził za „miejscówkę bezpieczną, ale nie całkiem spokojną”. Bezpieczną – bo stosunkowo płaską i oddaloną od lawinowych żlebów. Niespokojną – z powodu pogody i „dziwnych gości”, którzy mieli pojawiać się przy kolibach: nagłych wędrowców w burzę, myśliwych, a czasem ludzi, których lepiej było nie pytać o imię. Zderzenie odosobnienia i tajemniczych nocnych wizyt stało się jednym z fundamentów późniejszych legend o schronisku, do którego „zawsze ktoś może zapukać po zmroku”.
Pierwsze schronisko i jego zapomniane historie
Pierwsze „prawdziwe” schronisko turystyczne w Dolinie Pięciu Stawów powstało na przełomie XIX i XX wieku. Nie było to jednak od razu miejsce znane, oblegane i opisane w przewodnikach. Początkowo funkcjonowało bardziej jako górska stanica dla nielicznych, bardziej zdeterminowanych turystów i taterników, którzy mieli odwagę zapuścić się tak wysoko.
Budowa i pierwsze lata funkcjonowania schroniska obrosły historiami, których nie znajdzie się w oficjalnych materiałach PTTK. Mówi się na przykład o stolarzu, który zginął przy transporcie drewna na górę, przygnieciony belką na stromym odcinku powyżej Wodogrzmotów. Jego śmierć miała być pierwszym „długiem” zaciągniętym przez schronisko wobec gór. Od tej pory, powtarzano, budynek stoi „na ludzkim życiu”, a każde większe nieszczęście w dolinie – czy to w lawinie, czy w burzy – jest jak raty spłacane temu niewidzialnemu kredytowi.
Inna z wczesnych opowieści mówi o niewielkim pożarze, który miał wybuchnąć jeszcze w czasie wznoszenia budynku. Ogień niespodziewanie zajął część konstrukcji, choć nie znaleziono jednoznacznej przyczyny. Pasterze z okolic Białki komentowali to półżartem: „Góry sprawdzają, czy chcą tu mieć dom ludzi”. Dla kolejnych pokoleń była to przestroga: schronisko może tu stać tylko pod pewnymi warunkami – pokory wobec pogody, poszanowania dla skały i wody, unikania zbytniej pewności siebie.
Zmiany architektoniczne jako źródło nowych opowieści
W ciągu XX wieku schronisko nad Pięcioma Stawami przechodziło kolejne przebudowy i modernizacje. Każda z nich przynosiła nie tylko zmianę układu ścian, ale również świeżą porcję opowieści. Znikające korytarze, przenoszone sypialnie, zamykane stare magazyny – wszystko to stawało się pretekstem do tworzenia historii o „dawnych pokojach”, w których działo się coś niepokojącego.
Jedna z bardziej uporczywych legend dotyczy małego pomieszczenia gospodarczego przy piwnicy, które podobno zamurowano po serii dziwnych zdarzeń. Według przekazu starych pracowników schroniska, w nocy słychać było stamtąd szuranie, choć nie było w nim żadnych zwierząt. Drzwi miały kilkukrotnie otwierać się same, mimo że dokładnie je zamykano. Gdy w końcu zdecydowano się przebudować dolną część budynku, pomieszczenie „przy okazji” zniknęło za ścianą. Od tego momentu po schronisku krąży półżartobliwe powiedzenie: „Nie każda ściana w Piątce kryje tylko przewody i rury”.
Zmiany architektury miały też praktyczny wpływ na sposób przechowywania pamiątek i dokumentów. Stare księgi meldunkowe, notatniki gospodarzy, ręcznie rysowane mapki szlaków – część z nich zaginęła przy przeprowadzkach i remontach. W ten sposób powstały „białe plamy” w historii schroniska: niewyjaśnione luki, niedopisane ciągi zdarzeń, które aż proszą się o wypełnienie legendą. Tam, gdzie brak twardych danych, w górach zawsze pojawia się opowieść.
Legendy o „strażnikach Piątki” – duchy, zjawy i niezwykłe postacie
Duch zmrożonego przewodnika znad Wielkiego Stawu
Jedna z najbardziej znanych, a zarazem najstarszych tajemnic związanych ze schroniskiem w Dolinie Pięciu Stawów dotyczy ducha przewodnika, który miał zamarznąć nad brzegiem Wielkiego Stawu podczas próby sprowadzenia turysty w czasie gwałtownej zamieci. Według przekazu wracali z Koziiego Wierchu, gdy wiatr nagle zmienił kierunek, a śnieg całkowicie zasłonił szlak. Przewodnik kazał turyście czekać, sam zaś ruszył „na dwie minuty” sprawdzić dalszą drogę. Nie wrócił.
Zwłoki znaleziono dopiero na wiosnę, kilka metrów od właściwego zejścia, przysypane zlodowaciałym śniegiem. Od tej pory wiatry nad Wielkim Stawem miały brzmieć inaczej. Przewodnicy z międzywojnia opowiadali, że w bardzo trudnych warunkach, gdy hula halny i giną ślady, czasem słychać krótki, urwany okrzyk, po którym przez chwilę robi się nienaturalna cisza. Potem wiatr wraca, ale jego ton jakby nieco się zmienia. Tę mikroprzerwę taternicy zaczęli traktować jak ostrzeżenie: „Jeśli nad Wielkim Stawem nagle ucichnie na kilka sekund – nie idź dalej, zawróć do schroniska”.
Przekaz ten, choć trudno weryfikowalny, ma bardzo praktyczny wymiar. Uczy szacunku do zimowych wędrówek, przypomina o odpowiedzialności przewodników i o tym, że w górach „dwie minuty” potrafią zadecydować o życiu. Dla części bywalców schroniska duch przewodnika jest wręcz personifikacją górskiej intuicji: głosu, który podpowiada: „dość na dzisiaj”. Gdy w jadalni późnym wieczorem ktoś zaczyna opowiadać o „dziwnych odgłosach w zamieci”, rozmowa niemal zawsze schodzi na tego właśnie strażnika znad Wielkiego Stawu.
Niewyjaśnione postacie na ścieżce od Siklawy
Ścieżka prowadząca od wodospadu Siklawa do schroniska jest jednym z najczęściej wspominanych miejsc w opowieściach o tajemnicach Doliny Pięciu Stawów. To wąski, kamienisty odcinek, po którym w letnie popołudnia przelewają się fale turystów. Jednak nocą i poza sezonem zmienia się w niemal teatralną scenę, na której pojawiają się rozmaite „postacie znikąd”.
Pracownicy schroniska opowiadali o nocnych powrotach z dołu, gdy nagle w zasięgu czołówki mignie sylwetka człowieka idącego w górę – bez plecaka, bez kurtki, często w „niemodnym” stroju z innej epoki. Kiedy po kilku minutach wędrowiec odwraca się, by upewnić się, że za nim jest towarzysz z drogi, ścieżka jest pusta. Czasem towarzyszą temu odgłosy kroków słyszane z tyłu, choć nikogo tam nie ma.
Najbardziej uporczywe relacje mówią o „starym turyście w płaszczu”, który ma pojawiać się zwłaszcza tuż po zmroku przy końcowym podejściu na próg doliny. Tylko kilka osób przyznało, że próbowało zagadać do tej postaci. Odpowiedź – jeśli w ogóle padała – miała być krótka: „Do schroniska daleko?” lub „Idziecie na noc?”. Słowa brzmią całkiem zwyczajnie, ale kontekst – pusta ścieżka, brak światła w dolinie poza budynkiem schroniska – tworzy aurę niepokoju.
Interpretacje tej legendy są różne. Jedni widzą w niej pamięć o dawnych turystach, którzy zginęli w burzy lub zabłądzili we mgle. Inni – projekcję ludzkiego lęku przed samotnością na szlaku. Z punktu widzenia praktyki wysokogórskiej istotne jest co innego: opowieść ta od dziesięcioleci zniechęca do wychodzenia na szlak po zmroku „dla widoków” czy „bo dam radę”. Jeśli ktoś musi wracać nocą z okolic Siklawy, robi to szybciej, uważniej i z przeświadczeniem, że lepiej jak najszybciej dotrzeć do światła w oknach schron
